Prose

Prezes


older other prose newer

26 january 2020

Julek

Stanisław Kwiatkowski

 
Mam dwie wspaniałe wnuczki, ale przyznam się, że nie umiem nawiązać z nimi kontaktu. Chodzi mi o kontakt bliski, serdeczny, żeby mnie uwielbiały tak, jak uwielbiają babcię. Kiedy tylko zaczynam jakąś z nimi rozmowę, córka, psycholog z tytułami, patrzy na mnie z dezaprobatą i mówi po polsku, żeby dzieci nie rozumiały: – Tato, one są za małe na takie rozmowy.
Milknę z niezbyt mądrym uśmiechem na twarzy. Jestem w pełni świadomy, że ona wie lepiej. Zawsze w takich chwilach sięgam pamięcią do mojego dzieciństwa i zastanawiam się, ile ja rozumiałem i wiedziałem o święcie, mając sześć lat, tyle, ile moja młodsza wnuczka. Szczególnie dobrze zapamiętałem z tamtych czasów jedno wydarzenie. Mógłbym je odtworzyć w drobnych szczegółach. Ono siedzi we mnie głęboko, a czasami powoduje uczucie, jakby ktoś silnie uciskał moje piersi.
Julek był w moim wieku. Chodziliśmy do jednego przedszkola i byliśmy w tej samej grupie. Chodziliśmy razem – należy to rozumieć dosłownie. On mieszkał o kilka bloków dalej od przedszkola i po drodze wstępował po mnie i dalej już szliśmy razem.
Kiedy pisałem o swoim dzieciństwie wcześniej, wielu czytelników zarzucało mi fantazjowanie, że to niemożliwe, aby sześciolatki chodziły same do przedszkola w sporym mieście. Chociaż to nie było daleko w odczuciu dorosłych, bo tylko niecały kilometr. My tę odległość mierzyliśmy naszymi krokami i było to dla nas dwu – czy nawet trzykrotnie dalej. Działo się to kilka lat po wojnie i dzieci były bardziej samodzielne. Niekiedy odprowadzał nas mój dwa lata starszy brat, który tą samą drogą szedł do szkoły. On tego nie lubił i myśmy też za jego opieką nie przepadali. Ciągnął nas czasami niezbyt delikatnie za kołnierze, kiedy zatrzymywaliśmy się, bo działo się akurat coś ciekawego w parku, obok którego przechodziliśmy, albo na drugiej stronie ulicy, przy magazynach kolejowych. Krzyczał na nas przy tym, że przez gówniarzy spóźni się do szkoły, a sam miał wówczas osiem lat.
Julek przylgnął do mnie, bo miał tylko jednego, dużo starszego brata, który kończył wtedy gimnazjum. Pamiętam, że niedługo po tym fatalnym dniu, poszedł do seminarium duchownego i był dumą rodziców, że zostanie księdzem. Wrócił po roku, czy dwóch, nie pamiętam dokładnie. Potem, z rozmów starszych dowiedziałem się, że wyrzucili go, a powodem miało być to, że urodził się zaledwie kilka miesięcy po ślubie rodziców, czyli został poczęty z nieprawego łoża.
Tamtego dnia musiała być niedziela, bo nie poszliśmy do przedszkola. Był piękny, upalny dzień, a około południa spadł ulewny deszcz. Nad nagrzaną kostką ulicy unosiła się leciutka mgiełka, a przy krawężnikach stały kałuże ciepłej wody, sięgającej nam niekiedy do kostek. Uwielbialiśmy ganiać się i skakać po tych kałużach. Wcale nam nie przeszkadzało to, że na powierzchni unosiły się odrobinki słomy niestrawionej i pozostawionej na ulicy przez konie, pracowicie ciągnące wozy rolników z pobliskich wsi na miejskie targowisko.
Stało się to niedaleko naszego domu, zaraz za ulicą Długą, która zaczynała się w tym miejscu. Po drugiej stronie naszej ulicy, naprzeciwko wylotu Długiej była restauracja, cukiernia, fryzjer i niewielki dom mieszkalny. Zaraz za tym skrzyżowaniem powierzchnia jezdni była nieco obniżona i tworzyły się tam największe i najgłębsze kałuże. Podskakiwaliśmy tam i biegali, podnosząc wysoko nogi, żeby rozpryskiwać wodę jak najdalej i jak najwyżej. Ale po drugiej stronie ulicy była kałuża może jeszcze większa i głębsza. Krzyknąłem do Julka: – Lecimy na drugą stronę!
Stanąłem, rozejrzałem się na obydwie strony. Z daleka, po lewej stronie zauważyłem nadjeżdżający samochód. Oceniłem, że jest jeszcze daleko i przebiegłem ulicę i zatrzymałem się w nowej kałuży. Podskoczyłem wysoko na obydwu nogach, rozpryskując wokół fontanny wody.
– Julek, jak tu fajnie – powiedziałem, będąc przekonany, że przyjaciel jest tuż za mną. Nie usłyszałem odpowiedzi, ani plusku wody rozpryskiwanej przez niego.
Odwróciłem się. To, co zobaczyłem trwało może sekundę, może dwie. Ja widziałem to, jak na zwolnionym filmie. Samochód blisko, Julka wbiegającego na jezdnię, pisk opon, trzask, ciało Julka, jak szmaciana duża lalka bezwładnie zataczająca łuk w powietrzu i opadająca na kamienie jezdni, samochód zatrzymujący się kilka metrów dalej. A ja stałem nieruchomo i patrzyłem. Kilka osób z mojej strony ulicy i przypadkowi przechodnie z przeciwnej strony podbiegli do Julka, pochylali się nad nim, ktoś krzyczał, żeby zadzwonić po pogotowie, ktoś biegł do restauracji, kierowca wysiadł z samochodu i coś tłumaczył zebranym ludziom, wymachując przy tym rękami. Nie płakałem, nie krzyczałem. Stałem tylko, jak skamieniały. Jak długo, nie wiem i jak się znalazłem w domu, na kolanach mamy, przytulony do jej piersi, też nie wiem.
Na drugi dzień nie poszedłem do przedszkola, ale następnego dnia musiałem, mama gdzieś wychodziła. W przedszkolu już wszyscy wiedzieli o śmierci Julka Siedziałem na podłodze i bawiłem się jakimś drewnianym samochodem. Wokół mnie była pustka, ale dzieci patrzyły na mnie i coś szeptały między sobą. W pewnym momencie zebrała się niewielka grupa i podeszli do mnie. Na czoło wysunęła się dziewczyna i powiedziała: – Ty zabiłeś Julka. Wepchnąłeś go pod samochód.
Zerwałem się na nogi i wrzasnąłem dziko: – Ja tego nie zrobiłem!
Rzuciłem się na dziewczynę z pięściami. Była starsza, większa i silniejsza. Odepchnęła mnie z całych sił. Przewróciłem się. Wtuliłem głowę w ramiona i zacząłem płakać. Był to szloch wstrząsający całym moim ciałem. Dzieci stały wokół z wyrazem wrogości na twarzach. Po chwili podeszła wychowawczyni, podniosła mnie, przytuliła i zaprowadziła do gabinetu kierowniczki. Tam spędziłem resztę dnia. Nie pamiętam dlaczego, ale nazajutrz musiałem iść do przedszkola. Siedziałem samotnie w kącie przy kominku i usłyszałem, jak pani kierowniczka mówiła, że dzisiaj jest pogrzeb Julka i starsza grupa, w której i ja byłem, pojedzie na cmentarz pożegnać naszego kolegę. Nadszedł moment wyjazdu, a ja nie mogłem znaleźć swoich butów. W szukaniu pomagała mi nawet wychowawczyni z młodszej grupy, ale nigdzie moich butów nie było. Zostawiono mnie. Byłem zdruzgotany, jak tylko może być zdruzgotany sześciolatek. Nie pamiętam, czy dlatego, że nie mogłem pożegnać Julka, czy dlatego, że pozostawiono mnie samego. Buty znalazły się bez problemu, gdy wychodziłem z przedszkola.
To przekleństwo zabójcy Julka wisiało nade mną jeszcze jakiś czas. Kilka razy na podwórku któraś z sąsiadek dopytywała mnie: – To powiedz, jak to naprawdę było. Zabiłeś tego chłopca, czy nie?
Biegłem wówczas ze szlochem do mamy, która wychodziła i słowami, jakich nigdy u niej nie słyszałem, krzyczała na tę sąsiadkę. Dzieci z naszego bloku szybciej o tym zapomniały, a do przedszkola przestałem chodzić.
Twarzy Julka nie pamiętam. Przypominam sobie tylko jego postać drobniejszą od mojej, jasne włosy i szeroki uśmiech ukazujący szczerby po pierwszych utraconych mleczakach.
Listopad 2019






wybierz wersję Polską

choose the English version

Report this item

 


Terms of use | Privacy policy

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1