Prose

Leszek Czerwosz


older other prose newer

15 november 2014

lato w mieście czyli schody

Ile razy wyjeżdżała na swoje bardzo obowiązkowe wczasy, tworzyła po sobie psychologiczną dziurę, jakby wydartą kępę traw lub raczej tkanki z wijącymi się pourywanymi, jak korzenie trawy, fragmentami ścięgien czy nerwów. Zostawał tuman zupełnie roztrzepotanych, zmierzwionych piór, których nie dawało się już wygładzić palcem w połyskującą różnymi barwami powierzchnię skrzydła. Wodoodporną. Ta cecha już od dawna zanikła, jakby się uwsteczniła, jeśli przyjąć za postęp umiejętność przystosowywania się do nowych, często niesprzyjających warunków. Tak będzie trzeba żyć przez najbliższy czas, aż do chwili, gdy partnerka rozćwierkanym głosem przekaże mu swoje potrzeby, a w razie oporu, czy resztek wątpliwości, przypomni mu o jego zobowiązaniach, przyrzeczeniach. Albo przedstawi całą listę zawalonych przez niego spraw, niedociągnięć czy uchybień. To zawsze było na niego najlepsze, bo skuteczne. Nikt nie jest doskonały, ale ona jest. Na pewno. Wiedział o tym. Musiał przecież. By czuć się zawsze pod kreską, napiętnowany, ale zmobilizowany do bicia kolejnego rekordu o dopuszczenie. Przypuszczalnie już do niczego, jeśli by teraz przyszło konkretyzować pragnienia.
Pozostawało mu przeczekać lato w mieście. Sposób na nadgonienie zaległości. Iluzoryczny, gdyż ich ilość zawsze rosła szybciej, niż nadążał doprowadzać sprawy do ich upragnionego końca. Na szczęście część z nich sama się rozwiązywała, a o większości zapominał i dopiero po odebraniu listu poleconego było jasne, co znowuż takiego. Albo wściekły telefon przypominał mu o tej aktualnie najważniejszej lub wcale niekoniecznie takiej ważnej, w każdym razie, o aferze. Ale i to nie było całą prawdą.

Wojciech, jako były matematyk, kiedyś nieźle zapowiadający się, dobrze znał się na nieskończoności, jednak najbardziej na niedokończoności, jak mu stale powtarzała żona. Może w tym było owo źdźbło.
Najważniejsze było zapotrzebowanie na jego usługi. Najczęściej zwyczajne, przydomowe. Bo z innymi sprawami, to raczej nie. Starał się chłop, wywiązywał. Jej gniewny wyjazd utrzymywał wprawdzie nici porozumienia w dotychczasowym stanie, to jest nierozwiązywalnym, ale wyjazd to zawsze rozluźnienie napięcia, a plątanina była zbyt skomplikowana, żeby tak wszystko od razu rozplątać. Chociaż, na odległość udawało się jednak zachowywać dobry humor. Plumkali, klikali sobie czasem klawiszami, posyłali wiadomości o kocie, który był nade wszystko. No i zdjęcia.
Ale i najlepsza nić z czasem parcieje. Powoli a nieustannie. Jeśli jednocześnie utrata elastyczności struktur konstrukcyjnych, taka duchowa osteoporoza, wszystko nadawało się będzie do wymiany. I hardware i software. W przenośni i dosłownie.
Decyzja była prosta. Nie będzie czekał. Bez zbędnego namyślania się spakował małą walizkę, w której znalazł się przede wszystkim przenośny i bardzo osobisty komputerek. Pełen skarbów, głównie bibelotów, czyli poetyczno-informatycznego chłamu. Wyszedł w poszukiwaniu, jak to żartobliwie nieraz nazywał, nowych przestrzeni dla swoich zatrzymanych pragnień i poszerzania horyzontów małżeńskich. Czuł wewnętrzną potrzebę, wpływ efektu jo-jo ujawniającego się przy zbyt intensywnym odchudzaniu się. Więc nagłe odhamowanie, rewanż? Pozornie uczucie mu obce, natomiast naprawdę nie do wyeliminowania, nawet dla małżeńskich czempionów, w takim anielskim, prawdziwie boskim sensie. Domowa psychologia zupełnie nie nadawała się do leczenia tego typu przypadków.
Szybko dotarł do znanego mu domu, spojrzał uważnie na okno, aby upewnić się, czy wiadomy kwiatek stoi tak, jak potrzeba. Tak, był tu już kilka razy. Ten kwiatek zmieniał położenie i kształt, czasem wystawiony nawet na zewnętrzny parapet, z którego mógł w każdej chwili spaść. Nie wiedział, do kogo zaadresowane są te szyfrowane wiadomości, jednak wykorzystał swoją filmową wiedzę z czasów wojny, przyjął, że droga wolna i pewny siebie wszedł do klatki.
Schody okazały się jedyną drogą do celu, zawalona winda spoczywała w beznadziejnym stanie, grubo poniżej względnego zera. Cały dom przeżywał wieczny, nieukończony remont, został jakby zapomniany przez spółdzielnię. A lokatorzy z małoletnimi rodzinami wypisywali się ze złości na ścianach, bo oni jakoś nie zapomnieli. Wojciech zwrócił uwagę na znajdujące się na murach znaki, niby drogowe. Tworzyły swoisty klimat tego domu, dopiero po jakimś czasie zrozumiał ich surrealizm. Precyzyjnie namalowane plakatówką na klatce schodowej, że ruch jednokierunkowy ze wskazaniem, właściwie nakazem, poruszania się tylko do góry. I jednocześnie zakaz zawracania. I jeszcze jeden znak, że ulica ślepa. Radosna twórczość służb drogowych? Taki znak na klatce schodowej to kpina - pomyślał. Przecież to nie ulica, ale schody. Ale czy schodów nie dotyczy prawo. Bynajmniej. Wojciech nie orientował się w tych prawnych zakamarkach, w których na zawsze można się pogubić, jeśli wszystko traktować bardzo serio. Dla niego istotne było, że to droga do góry. I powinna być, bo szybko chciał się wznieść nieco ponad, ponad cokolwiek, nawet, jeśli tylko dosłownie, po prostu fizycznie - na jakieś piętro. Jeszcze nie wiedział, że nie tylko fizycznie. Przekleństwem tego miejsca będzie ta dwoistość znaczeniowa. Wojciech pomyślał tylko - ostatnie to ostatnie - i już dosłownie wspinał się po stopniach, a jednocześnie nieświadomie odczuwał, że w jego duszy coś jednak rośnie. Coś niedosłownego, dosłownie.
Mieszkanie było otwarte, co się okazało dopiero po długim pukaniu, gdy odważył się w końcu nacisnąć zimną klamkę. Dzwonka nie było, a raczej był zepsuty. Wszedł delikatnie. Nikt nie otwierał, więc i nikt nie witał. Zdjął buty, właściwie sandały. To raczej z przyzwyczajenia, niż z uprzejmości. Przez chwilę pomyślał - a jeśli zginą. Powrót boso to i tak lepiej niż nago, mógłby od kochanki, wyrzucony przez zazdrosnego męża z ewakuacją przez balkon sąsiadów. - Dzieci patrzą, nie mogę pana teraz wpuścić, proszę poczekać na zewnątrz. - Już wyobrażał sobie taką alternatywną akcję z udziałem osób trzecich. Ach, znowu te sąsiadki.
Jak tylko przeszedł przez próg, otworzyła się prawie pusta, rozległa a jednocześnie ciemna przestrzeń, pomieszczenie wydało się niezwykle wysokie. Jakby piętro techniczne. Wszędzie wiły się kable, niczym liany. I finezyjne instalacje z cienkich plastikowych rurek, szybkozłącza, kraniki. Migające na czerwono diody kontrolek. To automatyka. Zapachniało technologicznie. Jakieś szyny do transportowania ciężkich przedmiotów czy nawet beczek. I światłowody, z których sączyło się zielone, jadowite światło. Tu i ówdzie leżały zakurzone zmatowiałe ekrany, z których już dawno wyciekły kryształy. Niektóre mocno porysowane ostrzem, może żyletką albo zwykłą spinką do włosów. Zresztą skąd mógł wiedzieć czym, tak sobie tylko pomyślał, żadnych śladów zamieszkania, żadnej spinki. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Tylko porozrzucane na biurku nieliczne klawisze, nie można było ułożyć z nich za wiele słów, najwyżej kilka uznawanych powszechnie za wulgarne. To jednak charakteryzowało jakoś lokatora tego przybytku, ewentualnie właściciela. Wojciech pomyślał - dziupla, nielegalna działalność gospodarcza. - Miał trochę dosyć swojej letniej przygody, jednak jej zakończenie okazało się wcale nie takie proste. Gdy spanikowany ruszył do odwrotu, wtedy zauważył, że ktoś zamknął drzwi wejściowe na klucz. Czyli nie był tu sam. Albo został zamknięty z zewnątrz. Poczuł się nieswojo. Ale w końcu to on wtargnął do cudzego domu. Nie mógł, w razie czego, niczym przecież tłumaczyć się. Miałby ściemniać, że można się było tylko wdrapywać, wdrapywać, a nigdy nie schodzić, bo namalowano jakieś znaki nakazu. Ale tak naprawdę, to w głębi duszy zgadzał się z takim łgarstwem.
I choć wiedział, że akcja dopiero się rozpoczyna, że nie ma odwrotu, podświadomie szukał innych dróg wyjścia, w razie czego. Klapa w suficie była za wysoko - cztery metry. Okno również - pewnie ze trzydzieści. Ale wysoko było i od środka, okno było osadzone wyjątkowo, parapet podniesiony na wysokość brody. Dopiero, gdy wspiął się na palce, mógł wyjrzeć na zewnątrz. Zobaczył stąd rozświetloną panoramę miasta. Dalsze podziwianie horyzontu porzucił, bowiem zwrócił uwagę na ogromne kaktusy w wielkich doniczkach, które w szeregu stały na podłodze, jakby przygotowane do wystawiania za okno w określonej sekwencji, w cyklu. No, albo poza kolejnością, gdyby przychodziła nagła potrzeba. Falliczne kształty doprawdy specyficzne. Co mogła oznaczać wielkość takiego kwiatka, rozczłonkowanie czy kłujliwość jego „liści”. No, zdegenerowanych do postaci ostrych szpilek. Jak cała sytuacja.
Pomyślał o możliwości spadku swobodnego, w czasie którego ktoś mógłby przecież uratować mu życie, jako gościa specjalnego tego domu, poetę. Marzenie. Słyszał o śpiących poetach spadających z szerokim rozgłosem po schodach, jakby po szczeblach drabiny. Może społecznej. Budzili się potem w obcym mieszkaniu wciągnięci przez jakąś dobrą, niewieścią duszę lub raczej jej ciało, kobietę z niższych pięter, cokolwiek by to nie znaczyło. Zbierani ze schodów albo już z trawnika. Jeden taki to nawet nieźle się ukorzenił, pozostał po takim spadaniu na trochę, tak na kilka lat. Nie na trawniku, na utrzymaniu. Przesada, na pewno nie był nieznajomym. Może kobitka miała akurat wakat po swoim byłym.
Ale Wojtek był tu właściwie obcy. Człowiek znikąd. To niech spada. Normalnie droga dla człowieka znikąd jest prosta, prowadzi do wyjścia. - Proszę, tędy, odprowadzić pana. - Mógłby wyjść, gdyby mógł. Po pierwsze klucz, po drugie winda, a po trzecie zakaz. I co, miałby może jeszcze zapytać kogoś o drogę donikąd. Jakiś wariat chyba, powiedzą. Przecież nie mógł tak otwarcie przyznać się, że właśnie mentalnie zaniemógł. To wstydliwa sprawa. No i wszystko się zagmatwało. Jego, jakże logiczny, ciąg przelotnych myśli wyprowadził go na manowce. W takim miejscu, może to normalne. Nie chciał już być nikim. Nie przyszedł bez celu, nie da się spuścić ze schodów, po prostu wyrzucić. To by odebrało mu do końca i tak naderwane zaufanie do samego siebie. A miał jeszcze takie plany!
Musiał więc wrócić do logicznego wnioskowania. Okno plastikowe, nowoczesne. Szyba klejona, nawet umyta. A jednak, jak pech to pech. Nawet prosta, zwykła obserwacja doprowadzała do metafizycznych wniosków. Między szybami poruszała się mała mucha. Nie wiadomo, skąd się wzięła, kto ją tam wpuścił. Zapewne urodziła się miedzy szybami i tam umrze. W swojej ojczyźnie, pomyślał, raczej obczyźnie.
Wojciech przypomniał sobie, miał kiedyś laptopa, po jego ekranie także chodziła mucha. Ale tamta była wirtualna, ot taki żart, może wirus. Zdechła razem z jego dyskiem. Kiedy padł, nie warto było nawet naprawiać. Teraz naprawdę poczuł solidarność z maleńkim żyjątkiem uwięzionym na szklane dożywocie. Miałby stłuc szybę? Naprawdę nie był daleki od tego. I naprawdę tutaj, dziś, jakaś przemożna siła wyginała jego psychiczną czasoprzestrzeń, niby metalową łyżeczkę na seansie spirytystycznym, zrównywała prawdopodobieństwo zaistnienia zdarzeń niemożliwych z rutynowymi czynnościami dnia codziennego. Nieprawdopodobne.
Mieszkanie wyglądało wprawdzie na niezamieszkałe, jednak tu i ówdzie leżały na ziemi jakieś zdjęcia, raczej wycinki z gazet, jak się okazało potem, wydruki z kolorowej atramentówki. Nadawały się na awatary do Internetu. Zniekształcone twarze znanych celebrytek lub kobiety całkiem mu obce. Miały domalowane kolorowe usta, naklejone koronkowe kołnierzyki, dorysowane ozdoby. Na niektórych brakowało oczu lub innej części twarzy. Jakby ktoś poślinionym palcem rozcierał papier, aż do usunięcia farby drukarskiej. Najlepiej jest napłakać, pomyślał Wojciech, bardziej się potem maże, łatwiej zniszczyć wyraz oczu, czy uśmiech. Pocieranie zdjęć skojarzyło mu się z pieszczotami i mocnym, agresywnym drapaniem skóry, aż do wywabienia inkrustacji z tatuaży nakłuwanych dla sprośnej zabawy.
Na zewnątrz robiło się całkiem ciemno, Wojtek nie szukał jednak światła, jakby odczuwając niestosowność dotykania czegokolwiek.
- No kurwa, jak już wlazłeś z butami, to zostań.
Dziewczyna była oparta o ścianę. Wysoka, ale lekko przygarbiona, jakby niepewna siebie. Stale poprawiała sobie włosy. Loczek na czole. Ładna. Wojtek podszedł i w milczeniu wskazał palcem na swoje bose stopy.
- Aha. Bez butów. - Akcentowała każde słowo oddzielnie.
- Dziwny z ciebie poeta. Masz problemy, to o nich mów, możesz krzyczeć. Po to chyba przyszedłeś. Chyba nie chcesz słuchać zboczonych opowieści. Tu nie brakuje psycholi. Sami. Po czym kontynuowała, już bardziej przyjaźnie.
- Jak się nazywasz, nieważne prawdziwe imię, przyjmij sobie, jak zakonnik, takie nowe, najlepiej na tak zwane zawsze. A ja jestem Nadzieja.
Pomyślał - raczej beznadzieja. Co za rodzice odważyli się nazwać tak dziecko. Jak już, to raczej Nadia, Nadieżda, transgranicznie, internacjonalistycznie. Dziewczyna była obcesowa, zbyt pewna siebie, a jednocześnie sprawiała wrażenie niedzisiejszej. Oddalonej myślami o całe mile stąd. Wycofanej do wnętrza. Dawno nie czuł się tak nie na miejscu, był rozczarowany tym, co zobaczył, kogo zobaczył. I jakoś nie zatrybiło.
Odeszła parę kroków. Wzięła ze stołu kubek i napełniła z żółtego kranika. Jasny płyn z pianką. Sobie też przylała. Wojtek nie zauważył wcześniej, że nie rozstawała się z kubkiem. Podpijała z niego ukradkiem.
A teraz - Zdrówko! - Wzniosła, aż wychlusnęło.
- Niech zostanie, jak jest, jestem Wojtek - Dopiero teraz stwierdził, że wypada opowiedzieć, coś niecoś jednak o sobie. Ale wiedział, że nie jest za bardzo rozmowny. Zatem resztę oznajmi wierszem. Był na to przygotowany.
- Trzeba dolać - filuternie popatrzyła na Wojciecha.
Poczuł się wywołany do wypełnienia roli podczaszego. Fatyga nie była to żadna. A jaki efekt. Co za miejsce. Obsługa kraników stała się już niezauważalna, pyk i już, tylko zmieniały się kolory. Kraników i sączących się z nich strumyków. Najpierw nie śmiał pytać, potem już nie był zainteresowany, skąd ten wodociąg czerpie. I aż tyle.
Na głowie miała kamerkę, taką czołówkę, na plecach pudełeczko z małą antenką. Cyber-dziewczyna - pomyślał. Na zawsze podłączona do domeny. Zaczęła włączać światła i jakieś specjalne wyłączniki.
Po kolei rozświecały się plazmowe lustra. Telewizja przemysłowa. Jak akwaria ze złotymi rybkami. Nie były to jednak ryby, Wojciech podszedł bliżej, w środku zasiadało rozkrzyczane towarzystwa zajęte sobą, balangi, popijawy. Zapukał w szybę. Chyba go zauważyli. Albo nie. Popisywali się przed kamerami. Trwała wzajemna adoracja. Nad każdym ekranem zrobiony flamastrem napis TWA* i coś tam, różnie.
- Patrz, jak robi się wiersze - pokazała palcem na kolorowy ekran. Ale ciekawiej jest po dwudziestej trzeciej. Wtedy to nie oderwiesz oczu.
- Chciałabyś tak? - zapytał.
- Nie? Ale nie mów mi, że się nie napalasz.
Chyba nie mówiła, jak było naprawdę. Blask oczu gadał jednak za siebie. Taka odmiana w ciągu kwadransa. Nie pojmował.
- Zobaczysz kiedyś, za szybko chcesz, nie lubimy tu takich. - Dziewczyna nagle ochłodziła spojrzenie.
Spojrzała swoją piękną kamerką mocno w dół. Na jego bose stopy. I znowu na twarz. Zbliżenie, oddalenie z autofokusem. Widać było, że jedno zaprzeczenie goniło drugie. A w nim pojawiło się jakieś skrywane zapotrzebowanie na uporządkowanie tego chaosu naprzemiennych emocji. Od zamrożenia do wrzenia i z powrotem.
- Czy my też jesteśmy? W takiej telewizji.
Pokazał wzrokiem. TWA już się gotowało, sądząc po nastrojach. Transmisja z bardzo ciepłego, niewątpliwie, kraju. Sądząc tym razem, po strojach.
- Spoko, powoli. Wciągniesz się.
Zaprowadziła go do kompka i otworzyła klapkę. No, miał ze sobą własny, ale jakoś mu nie wypadało. A ten studyjny, bardziej profesjonalny. Trochę mu zaimponowało. Takich stanowisk było tu kilkanaście. Normalnie newsroom lub klasa komputerowa albo sala operacyjna banku. Znowu poczuł się jak włamywacz.
- Pasuje?
Co miał jej mówić. Zresztą nie bardzo mógł. Niebieski kranik nie bardzo mu posłużył na wysławialność, drętwiały jakoś policzki. Niestety tylko one.
- No - przytaknął.
- Przyzwyczaisz się.
Na obudowie namazane było tymczasowe hasło, które należało zaraz po zalogowaniu zmienić, czego oczywiście nikt nie czynił. Zamierzał jeszcze poszperać na pięterku, ale nastąpiło niewątpliwe zmęczenie materiału, prawie obumieranie tkanki nerwowej. I mięśniowej. I każdej. W ostatniej chwili, jak już zamierzał oddać się swojej pomroczności, został doprowadzony do przejściowego porządku, jakiś ręcznik i zaraz potem lu do małego pokoiku. Odbyło się to z mocnym podpieraniem jego odwłoka damskim biodrem razem ze wspomaganiem długim ramieniem. Ale tak raczej technicznie, przecież nawet nie serdecznie.
Bez słowa osunął się na białą, miękką kojkę. I pewnie nigdy się nie dowie, czy ciepły pocałunek zaznał jeszcze na jawie, czy już we śnie. Ale na pewno już wiedział, że chce tu zostać. Śnił o tym teraz, co właśnie wiemy, w tym poetyckim studio, śnił o nim wcześniej. Niestety, sen nie pozwalał na kontynuowanie logicznego porządku tej chwili. Takie jest życie.

***

Po kolei otwierały się teraz plastikowe szyby paneli plazmowych. Jakby lustra stawały się całkiem przezroczyste. Z otwartych przejść wylewały się całe tabuny ludzi. Rozkrzyczani albo milczący. Różne strefy czasowe i klimatyczne. I jakoś nie było tłoku. Wiadomo, studio zajmowało całe piętro. I jeszcze więcej. Było jeszcze szklane poddasze. Trzeba było popatrzeć w górę, klapa w suficie i po drabince. Oddzielone hasłami dostępu. Ale widoki. Tylko znowu ta droga w górę. Pod górę, pod górkę. Ciężko.
Lecz on, człowiek znikąd, był skazany na sukces. Jakże chciał zostać magiem tej cyberprzestrzeni. Postanowił, że nawet supermagiem, choć nie wiedział, co w istocie to oznaczało. Nieograniczoną władzę w krainie poezji. Widział, czytał bałwochwalcze komenty. Przez jakiś czas takie pisał, co było nawet skuteczne. Został zauważony przez rozkrzyczany tłum. Od wklepywanego w klawiaturę cukru użytkownikom lepiły się palce, od lizania psuły zęby. Wojtek wcale nie był przekonany o swojej doskonałości, chciał jednak udowodnić sobie i światu, że potrafi osiągnąć perfekcję w wybranych dziedzinach, to jest przede wszystkim, w poezji. Wybrał już sobie nawet dziedzinę - wiersz biały. Nie, żeby mu rymy nie wychodziły, o to było nawet zbyt łatwo. Ale takie białe, to bardziej szlachetne jakby były. I więcej komentarzy. Cytowania. Publiczność. Chciał udowodnić swój perfekcjonizm na zasadzie przeciwwagi, wyrównać dotychczasowe porażki. Wszystkie.
Ale stale czuł, jakby na plecach miał wypisaną jakąś obelgę i ludzie ją czytali z takim pewnym uśmieszkiem, bezczelnie oglądali się, nawet wtedy, gdy z nimi rozmawiał, gdy na nich patrzył. A potem z jakąś dziką satysfakcją naigrywali się, tak tuż przed nosem: gra-fo, gra-fo, gra-fo. Szczerzyli się wielkimi zębami. Widział, jak w kamerze z szerokokątną soczewką, rybie oko. Też nosił już taką na stałe. A za te uśmieszki z tak bliska odwdzięczy się im, zapamięta. Wszystkim razem i z osobna.
Teraz przyjął odwrotną taktykę. Nie pozwalał na poufałość, przestał głupio słodzić. Nie musi się kochać ze wszystkimi. Suche, ostre komentarze miały sugerować, że czyta ze zrozumieniem, nawet między wierszami. Napisać autorowi coś takiego, czego autor sam nigdy by nawet nie wymyślił, stawało się dla niego wyzwaniem, gorączką, wręcz już obsesją. Zawsze on, pierwszy komentator. Muszą się teraz z nim liczyć. Do szału doprowadzał go głupi arogancki upór. Bo w końcu to czytelnik decyduje, jak czyta tekst. Czy to tak trudno zrozumieć, że rola autora musi, ale to musi, kończyć się z chwilą postawienia kropki. Za i. A on postawi ją nad i. Besserwisser?
Taktyka taka jednak nie zadziałała w pełni. Jego własne utwory nie cieszyły się zbyt wysoką poczytnością. Czasem wbijało go to nawet w dumę, że nikt ich nie rozumie. Mówił sobie tak na pocieszenie, a brakowało też czasu, aby za każdym razem pisać tłumaczenie dla maluczkich. Albo mu się po prostu już nie chciało. Bo powoli dojrzewał. Z maniakalnym przeświadczeniem marzył, że któregoś dnia doświadczy przeistoczenia.
Wystarczyło wdrapać się na studyjny mostek kapitański i wypowiedzieć jedno słowo, którego nikt nie znał, oprócz wybranych magów. Któregoś dnia jednak stało się, wkroczył. Bez jednego mrugnięcia rzucił, z nonszalancją, jakby to po raz setny. To słowo, to po prostu było hasło. Widział rozdziawione gęby, wszyscy przestali mówić, odłożyli, a nawet wyłączyli elektroniczne pióra. On, niczym w niebo żywcem wzięty. I te oniemiałe twarze zachwytu, ale, jak się potem okazało, były to wyrazy zdziwienia a nawet przerażenia.
Kroczył przez długie, podświetlone korytarze, jakże cieszyły go otwierane przed nim drzwi do kolejnych, zakazanych do tej pory, rewirów. Mógł po wszystkim pisać świetlnym mazakiem, a co ważne, według własnego uznania kształtować poetycką przestrzeń, artykułować, stawiać akcenty, czy okraszać ornamentem. Wojtka najbardziej zainteresowały jednak sprawy personalne, szuflady i segregatory, a zwłaszcza Departament Plotek. Niepubliczny.
- Dobrze się tu moim kosztem zabawiacie.
Nie przyszło mu do głowy, że nie był wcale stałym przedmiotem zainteresowania. Ale teraz stał się.
To było jedyne zdanie, jakie zdążył wypowiedzieć. Od słów odrywały się teraz ich znaczenia. Po kolei, od każdego. Wszystko traciło sens. Jakby nie było sił tarcia rymy wysuwały się z wierszy, czasem przypadkowo sklejały. Nie podparte żadnym sensem wersy spadały z trzaskiem na pasek ekranu, słowa dzieliły na litery, a te usypywały się pokaźne stosy. Samogłoski osobno. W jednej chwili zawalały się całe konstrukcje utworów, finezyjne kształty. Kręgosłupy podmiotów lirycznych pękały jak od uderzeń karacisty, bohaterowie stawali pod znakami zapytania. Autorytety poddawały się procesom spontanicznej autodestrukcji. Cała prawda przeistaczała się w paskudną, śmierdzącą odchodami maź. Jak gęsta, gotująca się zupa, bulbała przed nim szara magma niepewności siebie. Z każdej strony, coraz bliżej a jednocześnie dalej, dalej. Z upływem czasu coraz mocniej naciekały wątpliwości. Dotychczasowi pasjonaci Wojtkowej sztuki, fani a nawet fanki, po kolei wszyscy zrywali dozgonne alianse poczynione przecież na śmierć i życie. Zdrajcy. To był już koniec, zagłada. Teraz naprawdę stawał się nikim.
Otwarte do tej pory pokoje tematyczne zatrzaskiwały się na głucho, jacyś ludzie kręcili się za pośpiesznie zasuwanymi grodziami albo opuszczanymi kratami, zupełnie jak w sklepach XX-go wieku. Co ciekawe, do zamykania przestrzeni twórczych nie stosowano żadnej tam elektroniki, wszystkim służyła metalowa korba. Niestety, była tylko jedna dla wszystkich magów. Bili się o nią, aż w końcu ustalono, że będzie pożyczana pod zastaw niepublikowanych, najlepiej konkursowych poematów. Lub całej ich szuflady, hurtem, dla pośpiechu. Nie było bowiem czasu, tak się bali. Teraz prawa dostępu przydzielane będą ręcznie. Histeria. Powoli zaczynało go to nawet bawić. Wojtek uśmiechnął się złośliwie.
- A niech im się teraz rozwinie portalowa korupcja. Sami się zeżrą, zamiast słodzika - pomyślał. To kolejny etap rozwoju lub dokładniej mówiąc, degeneracji takich instytucji non-profit. Już cieszył się na wielką awanturę - będzie się działo. Wystarczy trochę podjudzić.
Ale najgorsze miało dopiero przyjść. Nie przewidział konsolidacji sił piękna, błękitnej konfederacji. A dla niego oznaczało to w konsekwencji infamię i banicję. Zapewne dożywotnio, czyli dłużej niż dzień uwzględniając rokowania zdrowotne. Sercowo-umysłowe. Po takiej wpadce. Jego akcja została w prosty sposób wyjaśniona dla poetycznego pospólstwa - usłużni informatycy bez trudności wyekstrahowali z systemu wirusa, może nawet naprędce sami go napisali. Opublikowany w sieci jego źródłowy kod genetyczny wyglądał odlotowo. Żadna tam magia poezji, ale wirus, co dowodzi, że magowie dobrze umieli zadbać o swój wizerunek i zapewne interesy. Wirus to brzmi groźnie. A odpalił go osobiście niejaki W., więc okrzyknięto go nieprzewidywalnym, niepoważnym cyber-grafo-maniakiem. Oddelegowano na odwyk, jakby było jeszcze warto. W każdym razie droga w dół była dla Wojciecha otwarta. Jedyna opcja.
- Proszę, tędy, odprowadzę pana. Pan wie, to wbrew przepisom, bo pod prąd. – tak słyszał. I dalej ktoś ględził - widział pan na dole znaki drogowe, póki co, stale obowiązują, jeszcze ich nie zamalowano. Ale czego się nie robi dla artystów ze studia poezji. Byłych, wyrzuconych. – Teraz to już jawna kpina była.
- No ruszaj pan do dołu. Proszę, pan przodem. - To uprzejme traktowanie wbijało go w pewną dumę, wynosiło go, jakby na męża stanu prawie. Coś jak do aresztu domowego zamiast do pierdla.
A podekscytowane forum huczało, dziewczyny aż piszczały z egzaltacji, a lokalna sieć nie nastarczała płynów. Wojciech w jednej chwili utracił to wszystko.

***

Tylko ten koszmarny ból głowy. Stał się oznaką poczytalności i przepustką do rzeczywistości, choćby wirtualnej. Gdy oprzytomniał, zaczęły do niego dochodzić odgłosy krzątaniny w kuchni. Jak to rano. Wszędzie rozciągał się cudny zapach kawy.
- Zaraz, poczekaj, tylko się zaloguję.
Przez chwilę nie był pewien, jak będzie z jego hasłem, pierwsza próba spotkała się bowiem z odmową dostępu ze strony tego inteligentnego cerber-systemu. A więc jednak stało się wszystko naprawdę. Rozpoznany, zapamiętany, zbanowany. Litera po literze, znak za znakiem, uważnie kopiował z obudowy zaczarowane słowo, potem klawisz Enter i… udało się! Jak oszalały poleciał po folderach, zajrzał we wszystkie zakamarki. Najbardziej spodobał mu się przycisk „Aktywne tematy”, nigdy wcześniej go nie zauważył. Czytał po drodze różne komentarze, niektóre ubrane w uśmieszki, emotikonki. Tak strasznie go kiedyś złościły. Zaczął odpisywać na prywatne listy od zaprzyjaźnionych grafomanów. Tony listów. I tych manek, też zaprzyjaźnionych. Czyżby nie był sobą? Był, był. Dopiero teraz.
Logował się tak równy miesiąc. Godzinami przesiadywał prze ekranem, coraz później chodził spać i coraz później wstawał. Doba obracała się wokół osi. Coraz szybciej, jak kula śnieżna. Znaczy się, doba była za krótka.
Inni użytkownicy siedzieli przy sąsiednich stanowiskach, jak szwaczki przy maszynach. Początkowo spotykali się w milczeniu, każdy z kubkiem ręku. Na stojąco. Pięć minut sączenia, rano jedynie ciemnego płynu, i do roboty. Przychodzili jak do pracy, wcześnie, zawsze o tej samej porze, kończyli dokładnie o pełnej godzinie. Szesnastej. Siedemnastej. Rzut oka na zegarek, klik - klik i już ich nie ma. W połowie zdania. Wojciech nie mógł tego zrozumieć. Nie tak jak on. Jak służba to służba. Służba poezji, znaczy się, służba kulturze. To słowo powtarzał sobie stale. Wynosiło go wysoko ponad swoje podstawowe znaczenie służenia, wbijało w dumę. I nie ma przebacz, jak mus to mus, nigdy nie zostawiał nieskończonego. Niedokończonego, już sam poprawiał się pod nieobecność żony. Umiejętność przerywania myśli w połowie zdania, to podobno, właściwość profesjonalistów. Ciekawe, czy chirurgów też. On w każdym razie był amatorem, może nawet maniakiem poezji. Lepiej by brzmiało: Manem. Tak, był z tego dumny, że nie jest wyrobnikiem.
Któregoś dnia zarządzono wspólne zdjęcie. Oczywiście panoramiczne, cyfrowe. Wszystkich obecnych w studio i nieobecnych użytkowników. Ich przede wszystkim. Awatary tych ostatnich miały być wklejane programem do edycji map bitowych. A zdjęcie miało być tematyczne - „Schody”. Postanowiono zejść na parter, gdzie stale pozostawały namalowane na ścianach, słynne już na okolicę, znaki drogowe. Wewnętrznie sprzeczne. Wiadomo, że wszyscy się nie pomieszczą, ale metoda sklejania wirtualnej rzeczywistości z tą prawdziwą wydawała się na tyle atrakcyjna, że nie było nawet szczególnych kłótni o pozycję na schodach, ani o to, kto, z kim, za kim i obok kogo stoi. Wojciech uczył się o zawiłych, politycznych grach związanych z pozycją za stołem prezydialnym, czy na trybunie honorowej. W historii zdarzały się wywabiania za zdjęcia kogoś nie po linii. A teraz wszystko w rękach maga książkowego. Ten to dopiero, wszystko przekłamie. I będą trzy jedności. Czasu, miejsca i akcji, jak nigdy dotąd w historii prawdziwe.
Po sesji zdjęciowej powrót do studia na wysokościach. Jakoś dziwnie każdy zaraz z kubeczkiem w dłoniach się odnalazł. Przy źródełku, jak w sanatorium. W kolejeczce. No a kranikowym był Wojtek.
Nadziei prawie nie było wcale. Dziewczyna stale oznaczona jako „Ukryta” lub „Niewidzialna”, czasem tylko wystawiała znaczek „Nie przeszkadzać”. Ale była. Zalogowana na zawsze. Pełniła ważną funkcję - była supermagiem albo lepiej, supermaginką, choć chodziła w spodniach. W lecie też. Bardzo zajęta.
Kiedyś miała wyjechać na kilka dni. Poprosiła Wojtka o wystawianie jej cudnych kwiatków na parapet. Tych potężnych, zmutowanych kaktusów. Miejsca nie było za wiele, donice duże, trzeba było je zmieniać rotacyjnie, tak by każdy z kaktusów miał okazję poopalać się przez trochę, no choćby przez kilka dni podsmażyć się w słońcu. Beznadziejnie było tylko, gdy padał deszcz. Wojtek nie wiedział, czy chować kwiatki przed deszczem, bo nie dostał takiej instrukcji. Był rozczarowany, do tej pory był przekonany, że w przestrzeni wirtualnej kwiatki miały jakieś tajemne znaczenie, a chodziło o proste słońce.
A po kilku dniach Nadzieja wróciła. Przyjechała z gotową książką. Sama przyniosła tylko kilka egzemplarzy, ale i tak było ciężko. Ludziska pokazywali sobie, rozpoznawali twarze swoich awatarów. Aż głaskali. Ale najpiękniejsze były jednostronne schody. Tylko do góry.

***

Jeśli ktoś opowie mi o cudniejszym sposobie spędzania lata. W mieście. To nie uwierzę.
A Wojciech wrócił do domu jakby odmieniony. Szczęśliwszy. A jak się wydostał? Zwyczajnie - po schodach, bo remont właśnie się skończył i robotnicy zamalowali już beznadziejne znaki drogowe białą farbą. Przywiezioną książkę postawił na półce. I kot też to zauważył. No wiadomo, co zauważył. Nie książkę, ale wróciły kolana, bo to dopiero jest szczęście.

Imiona i postacie są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo rzekome i nieprawdopodobne.


_______________________
* TWA - Towarzystwo Wzajemnej Adoracji. W społeczeństwach zatomizowanych podstawowa jednostka samoorganizacji społecznej zrzeszająca ludzi mających na celu osiągnięcie dobrostanu grupy. Zalążek niektórych partii politycznych a niekiedy ugrupowań o charakterze mafijnym.






Report this item

 


Terms of use | Privacy policy

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1