Prose

Miladora


older other prose newer

13 december 2014

Malcolm

To nieprawda, że spotykamy
przeznaczenie w mężczyźnie
lub kobiecie, prawdą jest, że ci,
których spotykamy, stają się
naszym przeznaczeniem.
John McGahern
 
Malcolm
 
Moje przeznaczenie dopadło mnie w dniu, gdy robotnicy zaczęli remont fasady.  Miało wygląd nastroszonego, na wpół gołego pokractwa, na widok którego natychmiast nasuwała się myśl: Istny strusiek. Wylągł się w załomku pod balkonikiem i tynkarz nie miał wyboru; wyciągnął z gniazda i przyniósł, pozbywając się w ten sposób jakichkolwiek zobowiązań.
Wsadziłam struśka do pudełka i wystawiłam wieczorem na zewnątrz. Pech chciał, że zaczęło padać, pisklak wylazł i mokry jak nieboskie stworzenie przywarł do ściany. Nie było szans, by matka go odnalazła; spłoszona przez robotników nie odważyłaby się zapewne powrócić, tak więc przytargałam struśka na powrót do domu i otuliłam starym ręcznikiem. Przenocował spokojnie, ale po południu zaczęłam się martwić, czy nie umrze z głodu. Czas był najwyższy, by przyjąć do wiadomości, że mam rezydenta.
W kwestii hodowli gołębi byłam ciemna jak tabaka w rogu, zresztą nigdy nie przepadałam za tymi obsrajdachami, a tu masz, zwalił mi się na głowę ptasi niemowlak z całym bagażem odpowiedzialności i problemów. Nie miałam jednak wyjścia. Otworzyłam Internet i zaczęłam przeglądać różne fora hodowców i fanów tego ptasiego tałatajstwa.
Ileż on może mieć? – myślałam, zerkając jednym okiem do pudełka, a drugim na stronę, gdzie podawano gołębie menu w zależności od wieku. – Dwa tygodnie?...
Diabli wiedzieli, a może nawet i oni nie, w każdym razie, po starannym wypisaniu jadłospisu, zaczęłam szperać po szafkach.
Najprościej zrobić papkę z chleba i mleka, więc rozgniotłam kawałek bułki i przystąpiłam do karmienia. Marna jednak była ze mnie mamka – ptasiek nie umiał jeść, a ja nie miałam pojęcia, jak mu wtłoczyć tę ciapciaję do gardła. Ani malutka łyżeczka, ani pipetka, nie sprawdzały się w tej zabawie. Sięgnęłam palcami i ugniotłam kulkę. Co uczynić jednak, by otworzył dziób, skoro najwidoczniej nie ma na to ochoty? W końcu jednak udało się, tyle że oboje byliśmy upaprani po szyje. Wytarłam struśka ręcznikiem i położyłam spać. W nocy przyszło mi na myśl, że takiego niemowlaka trzeba karmić co parę godzin, więc popędziłam do kuchni, podgrzałam papkę, wyciągnęłam malucha i znowu zaczął się cyrk.   
I tak dzień po dniu. Moje przeznaczenie siedziało w pudełku, gapiło się na mnie coraz bardziej błyszczącymi oczkami i piszczało, żebym była łaskawa je nakarmić. A potem zaczęło wyłazić.
A łaź sobie – myślałam, chociaż te peregrynacje sprawiały, że musiałam uganiać się za nim z mokrą gąbką i ścierką. 
Niedługo potem zaczął machać rękoma, przepraszam, skrzydłami, chociaż te ćwiczenia rzeczywiście przypominały szwedzką gimnastykę. Ale pożal się boże, co to były za skrzydła. Z wierzchu kostropate piórka na przemian z dziecinnym puchem, a od spodu wyskubany kurczak z marketu. Na szczęście zaczęło się to zmieniać; mały karmiony różnorodną mieszanką ziarenek, chleba, mleka, a nawet  białego sera z dodatkiem witamin, opierzał się z dnia na dzień coraz szybciej.
Widząc, jak od czasu do czasu podskakuje i wyciąga skrzydła, zdecydowałam się na pierwsze lekcje latania. Sadzałam struśka na dłoni i zaczynałam nim machać w górę i w dół. Nie było siły – musiał rozkładać skrzydła i balansować nimi, by nie zlecieć na dziób.
Tak się to zaczęło. Potem perfidnie umieszczałam go na coraz wyższych powierzchniach, czekając, kiedy bestia zeskoczy. Żeby łatwiej mógł podjąć decyzję, zrzucałam go także z pewnej odległości na tapczan. Ćwiczony w ten sposób strusiek zaczął panoszyć się niebawem w całym mieszkaniu, chociaż był na tyle uprzejmy, że zwykle jednak łaził za moją nogą.
Fajnie, lądowanie ma już z głowy – pomyślałam po pewnym czasie – ale co ze startem?
Bo strusiek nadal dreptał jak kura. I tu bardzo się przydała duża wanna retro w łazience. Wsadziłam małego, mówiąc dobitnie: – Jak chcesz wyjść, to wyfruń, a nie gap się na mnie jak ciućmok.  Ale ptasiek był cwany – skorzystał z przewieszonej przez krawędź maty i zwyczajnie wspiął się po niej jak po schodach. Następnym razem już pilnowałam, by nie dostał żadnej taryfy ulgowej i zmuszony w ten sposób do samodzielnego działania, strusiek wyleciał wreszcie, przysiadając na brzegu.
Był początek lipca. Czas na coś więcej – zdecydowałam, zabierając Malcolma (bo wtedy już miał imię) na pierwszy spacer po ogrodzie. Człapał grzecznie po trawie, rozglądał się, a nawet polazł w stronę pasących się pod murem gołębi. Nie odpędziły go, więc odetchnęłam z ulgą. Potem oczywiście zaczęliśmy ćwiczyć i miałam ubaw, gdy mały po każdym wyrzuceniu w powietrze i wylądowaniu o parę metrów dalej, biegł ile sił w krótkich łapkach, by wleźć mi na pantofel. Powoli przyzwyczajał się, że umieszczam go wgałęziach krzaków, i po niedługim czasie nabrał wystarczającej śmiałości, by lądować już na murku czy płocie. 
Miałam też zwyczaj sadzania go na balustradzie balkonu i wtedy oboje, on przycupnięty, a ja oparta łokciami, kontemplowaliśmy świat poniżej. Niekiedy maszerował po niej tam i z powrotem, aż kiedyś stracił równowagę i spadł, co zmusiło go do rozwinięcia skrzydeł i powrotu o własnych siłach. Wtedy uznałam, że pora, by zaczął sfruwać.
Zostawiłam go na barierce i zeszłam do ogrodu. Ponieważ porozumiewaliśmy się za pomocą czegoś, co naśladowało świergot, użyłam go do przywoływania. Malcolm dreptał początkowo z nóżki na nóżkę, po czym poszybował w moim kierunku. Poczułam się jak matka, której dziecko po raz pierwszy przebiegło dzielącą ich odległość.
Potem już coraz odważniej zaczął zwiedzać najbliższe rejony, lecz kiedyś utknął na drzewie i za diabła nie mógł się zdecydować, co dalej. Znudziło mi się i poszłam, a gdy wróciłam, ptaśka nie było. Zamierzałam już machnąć ręką na poszukiwania, gdy nagle usłyszałam pisk i Malcolm, siedzący jak ostatnia sierota na jakimś parapecie, sfrunął z ulgą na moje ramię. 
Od tego czasu latał coraz lepiej, także po pokojach, lecz punktem zwrotnym był pewien ranek, gdy zobaczył przelatujące za oknem gołębie i śmignął za nimi jak z procy. Nie zamykałam okien, wychodząc z założenia, że ptak musi mieć prawo wyboru. Malcolm zaczął wyfruwać na cały dzień,  powracając jedynie na posiłki i nocleg. Wtedy już jadł samodzielnie i nie musiałam karmić go papką. Nie pozwalał też nikomu, oprócz mnie, na dotyk. Naburmuszał się wtedy i zaczynał pyskować z takim oburzeniem, że lepiej było nie wyciągać do niego ręki. Mieszkał na najwyższej szafce w kuchni i co rano sfruwał do miseczki postawionej w zlewie. Zjawiał się również wtedy, gdy żył już na wolności, bo w pewnym momencie zdecydowałam, że musi umieć istnieć samodzielnie.
Przez całą jesień, zimę i wiosnę przylatywał na posiłki, a potem, siedząc na ramieniu, wgapiał się w ekran komputera, od czasu do czasu iskając pióra albo moje włosy. Odwiedzał mnie zawsze koło południa i walił dziobem w szybę, gdy okno było  zamknięte. A po wizycie rozwijał skrzydła i gdy malał coraz bardziej na tle nieba, miałam wrażenie, jakbym leciała z nim razem.
 
Taki pozostał w pamięci, bo pewnego dnia nie wrócił i nadal zastanawiam się, co mogło go spotkać. Minęły ponad dwa lata, a ja wciąż tęsknię, patrząc na kubeczek, w którym stoją zgubione przez niego piórka.






Report this item

 


Terms of use | Privacy policy

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1