Prose

Lady Ann


older other prose newer

16 february 2013

La Dame Blanche

Delektował się tanim tytoniem, skręconym naprędce w wymiętą bibułę. Dym koślawego papierosa szybkim strumieniem umykał przez uchylone okno, rozpuszczając się w rześkim powietrzu, gdzieś pośrodku osnutego mgłą Pont Royal. Dawał mu tę rzadką przyjemność, jaką daje absolutna pewność siebie, wygładzając skonsternowanie jakiego doznał  przed kwadransem. 
Cóż on może wiedzieć? – Zapytywał sam siebie. – Może i ma tę przewagę w postaci publikacji, ale ha! Ja nie popełniłem klasycznego banału. Posiadam świeżość umysłu, niezmąconą standardami myśl, a ponad wszystko potrafię wyczuć  nastroje społeczne.
Powyższy stan nie trwał długo. Im bardziej kurczył się papieros, tym mniejsze stawało się jego ego. Wydawało się, że cała pewność ulatuje z dymem, pozostawiając go z poczuciem nicości. I tak rozpoczął wewnętrzną walkę, drapiąc się po głowie, chrząkając, zastanawiał czy rzeczywiście powinien wziąć zasłyszane rady na warsztat, czy zwyczajnie puścić je mimo uszu. Dręczył się, robił szkice dans son esprit. Był pewien mocnych stron swojej literatury, jakie niewątpliwie stanowiły suche fakty, kontrastujące z jaskrawymi opisami. Problem polegał na tym, że te  wypełnione subiektywnymi opiniami stronice pozbawione były życia.
 W efekcie odganiając widmo frustracji, sięgnął do wytartego, skurzanego portfela i zaczął liczyć  pieniądze, które wbrew opiniom głoszącym, iż Paryż to miejsce, gdzie można żyć za naprawdę nie wiele- upłynniały się bardzo szybko. Za kwotę, jaką miał miesięcznie do rozdysponowania w gruncie dało się przetrwać, ale na pewno nie żyć, zwłaszcza w miejscu, w którym święto rozpoczyna się o poranku i zatrzymuje na moment gdy, ucinasz sobie drzemkę. Tu odpoczynek nie trwa tu długo, nie dla pisarza, artysty potrzebującego przecież wszelkich bodźców, by tworzyć - nie fikcję, a rzeczywistość.
Przeliczył monety, potem zajrzał do bocznej kieszonki nie dziwiąc się nawet jej stanem, bowiem nie znalazł tam ani jednego niezrealizowanego czeku. Przez chwilę zastanawiał się nad swoimi finansami, ale tak, i niestety ich stan się zgadzał. A co za tym idzie, po uregulowaniu czynszu i opłat za pralnie w ostatnim miesiącu, nie zostało mu za wiele gotówki, fakt ten przyjął w typowy dla siebie nie emocjonalny sposób. Ostatecznie jego twarz napięła się dopiero, gdy przesuwał w palcach ostatnie banknoty. Wciągnął głośno powietrze i podrapał się po skroni z tymi słowy:
- Dziś nie zjemy nic ciepłego Buddy- chrząknął głaskając zwierzę. Ale jamnik zdawał się być głuchy, na słowa przyjaciela. Jego duch uleciał gdzieś na drugą stronę Sekwany.
- Jutro powinienem dostać czek za artykuł do Florida Today, starczy na kilka dobrych obiadów – ciągnął, szarpiąc za uszy obojętne zwierze, ale myślami był gdzie indziej. Przy nieukończonej stronie maszynopisu, która zawisła na rolce, gdyż brakowało mu inspiracji. A same wojenne wspomnienia nie były wystarczające, by powieść zyskała miano wielkiej, nie były wystarczające nawet by książka zyskała miano powieści. Uznał, że potrzebuje natchnienia. Tylko gdzie go szukać? Paryż inspirował go nocami, doprowadzał do obłędu porankami i zniesmaczał popołudniami. Bywało, że i naprzemiennie.
- Jak przyjdzie czek, pójdziemy odnowić abonament u Pani Beach. – Postanowił, zerkając przelotnie na lusterko kierowcy,  jego zdziwione spojrzenie nie wzruszyło wcale Edwarda.
 Mniej więcej w tym czasie Taksówka obrała leniwy kurs wzdłuż rue de Rivioli, zostawiając za sobą zacienione skwery parku, gdzie kochankowie snuli się w dorożkach, starsze panie, odziane w zjedzone przez mole futra, wyprowadzały swoich czworonożnych przyjaciół, a pijani mężczyźni wietrzyli umysły przed powrotem do wściekłych kobiet.
 Ed dogasił papierosa, w przepełnionej niedopałkami popielniczce starego peugeota i myślał o słonecznej Florydzie, spędził tam dwadzieścia cztery lata swojego życia, jakże inne były to lata. Wtedy, zmywając z siebie odór wypatroszonych ryb marzył o karierze futbolisty. Kopał piłkę z chłopakami z sąsiedztwa i nie opuszczał meczów lokalnej drużyny, które oglądał z gałęzi drzewa rosnącego przy pobliskim stadionie. Co niedziela chodził na plaże podglądać smażące się na słońcu, boskie ciało Cindy, córki szwaczki o mrocznej przeszłości. Pamiętał, że zabierał ją na tańce do miejskiej dyskoteki i czasem, ale tylko gdy miał szczęście udawało mu się skraść pocałunek pruderyjnej dziewczynie. Dziś nie żałował. Poszedł na wojnę, nie obiecując pannie, że wróci i choć w jego nozdrzach wciąż tliło się wspomnienie smrodu gnijących sardynek, z rzadka czytywał chorały o wielkim Lou. Paryż był jego domem.
- Jesteśmy na miejscu. – Przemówił kierowca, który całą drogę milcząco zerkał w lusterko, na odbicie poszarzałej twarzy Eda. Przyłapany udawał, że obserwuje drogę, gotując się do wyprzedzenia innego pojazdu, będącego własnością tej samej korporacji, w gruncie rzeczy zastanawiając się czy jego pasażer to wariat, czy bardzo samotny, nieszczęśliwy człowiek, jaki za powiernika ma jedynie tego dziwnego psa, o długim tułowiu i krótkich nóżkach.
Wysiedli pod „La Rrévolution”, spelunką serwującą muzykę na żywo, mająca czelność nazywać się” lokalem dla ludzi o wyszukanym smaku muzycznym”- co z grubsza raziło nie wielu. I choć był to dopiero wtorek, przed wejściem tłoczyły się trzy tuziny rozkrzyczanych Paryżan. Znaczną część z nich stanowili, Amerykanie, Anglicy, kilku włoskich turystów i sześcioosobowa wataha francuskich studentów. Tak czy inaczej, wszyscy oni pochodzili z Paryża, bo każdy kto choć przez chwilę mieszkał na „londyńskich przedmieściach” stawał się rodowitym Paryżaninem. Tak to już było.
- Lazare! – Edward usiłując wybić się z tłumu zakrzyknął na młodego Francuza, pilnującego porządku przy drzwiach wejściowych. – Lazare! – Ponowił zamiar, machając ręką nad głową wypitych studentów.
- Ed! – Odpowiedział z uśmiechem chłopak, gestem nakazując tłumowi się rozstąpić.
Edwardowi z pewnym trudem udało się przepchnąć pod samo wejście. Przywitał się z Lazare, wymieniając pewny uścisk dłoni.
- Miło nam Cię znowu gościć, ale Ed – spojrzał na radośnie merdającego ogonem starego jamnika - mówiłem Ci ostatnim razem, że zwierząt niewpuszczany, to elegancki lokal.
- Jak to on mnie tu ciągnie Lazare.- zaczął się tłumaczyć, rozkładając ręce.
- Przepraszam, nie mogę. – Odpowiedział z nerwowym napięciem na twarzy.
- Masz, odwróć wzrok, jakby co biorę to na siebie. – Warius szepnął mu do ucha, wsuwając kilka monet do kieszeni marynarki.
- A niech Ci tam – odparł Lazare – tylko pamiętaj, że obiecałeś zabrać mnie na ryby.
Weszli do środka zadymionego lokalu. W powietrzu oprócz nikotyny dało się czuć wyraźny swąd stęchlizny – gnijąca bohema – mawiał Thomas, który z rzadka miewał ochotę na „Rewolucję”. Klub zaiste był zniszczony, czego nie dostrzegali starzy bywalcy, ściany  odrapane, parkiety aż prosiły się o cyklinacje, a meble były niewiele lepsze od tych, jakimi właściciele pchlich targów palili w piecach podczas ostatniej zimy. Nikt jednak nie widział pocerowanych portier, zniszczonych stołów, czy powyginanych sztućców. Liczył się klimat. A ponad to zmyślna aranżacja wnętrza, gwarantująca słabe światło ażurowych lamp, ustawionych na pokrytych tandetnymi obrusami stolikach.
Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, swój performance właśnie kończył oślepiony na wojnie Quentin. Niezauważany przez pijane towarzystwo starzec, stanowił swoisty zabytek lokalu, perełkę, a może i pamiątkę po czasach świetlności Paryża. Oderwany od pianina wystrzałem pocisku pod Le Cateau- Cambrésis, wrócił do niego jako inwalida. I doprawdy kilka lat zajęło mu ponowne opanowanie klawiszy instrumentu oraz jego dźwięku. Teraz jak mawiał - nie grał z nut, a z serca.
- Buddy, Buddy a ty gdzie?- Krzyknął za czworonogiem, który  pomimo swojej kulawej łapy pędził teraz, nie wiedzieć po co, przez cała długość lokalu, jak gdyby spieszył się załatwić jaką pilną sprawę.
Ed podjął próbę pościgu, poszturchując przypadkiem kilka siedzących osób „przebiegł” około dwa metry, jednak zasapany szybko zarzucił zamiar. – Nie te lata, nie te nogi- ocenił i udał się w stronę baru. Szedł wolno, bezskutecznie poszukując wolnego stolika. Wszystkie miejsca były zajęte. Lokal istotnie pękał w szwach, a recitalowa publiczność zdawała się być głośniejsza od Quantina, który wyrzucał z siebie rzewne frazesy o utraconej miłości, skądinąd zapodając fałszywe nuty.
- Ach Pan Baker! – usłyszał za plecami. - Jak to cudownie, że postanowił nas Pan zaszczycić swoim towarzystwem. –  odwracając się dostrzegł siwą kobietę w znoszonej granatowej sukience.
- Pani LeMark- Odpowiedział, całując podsuniętą mu pod nos dłoń w białej rękawiczce.
- Absolutnie musisz z nami usiąść Edwardzie – Powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Jest tu ktoś, kogo koniecznie musisz poznać!
- Czy to jakiś redaktor, albo znany pisarz? – Zapytał podniecony.
- Och lepiej Panie Baker, znacznie lepiej!
A zatem dał się poprowadzić, lawirując między ciasno upchanymi stolikami, nie spuszczał z oczu obszarpanej fryzury pani LeMark. Co chwila przepraszał, lub prosił o wybaczenie damę, bądź dżentelmena, niezgrabnie przepychając się między gęsto usadzonym audytorium. Czyżby to był jaki wydawca?- Zachodził w głowę – Jeśli tak, to polegając na opinii starszej pani (jak w skrytości ducha ją nazywał) w istocie podpisze z nim kontrakt.
Pani LeMark, nie była może wyrocznią w świecie sztuki, ale na pewno znała wszystkich, których winno się było znać w Paryżu, połowy lat dwudziestych. Kiedyś błyszczała na salonach, obsypana diamentami i dobrą sławą, dziś nosiła stroje, które tylko przypominały wszem i wobec, o tym co przeminęło bezpowrotnie. Jej mąż, Serge LeMark był spadkobiercą ogromnej (jak mówiono) fortuny, odziedziczonej po twardo stąpającym po ziemi ojcu. Potem w niesławnej Belle Epoque jeszcze zyskał i zdawało się że nikt, ani nawet sam Bóg nie jest w stanie odebrać mu jego milionów. Bóg może nie mógł, ale imperializm tak. A zatem zubożali „milionerzy” bawili się w podrzędnych lokalach, w śród ludzi, jakich dawniej pewnie by nawet nie zaszczycili spojrzeniem. Nadrabiając nie do końca wygasłymi koneksjami i nazwiskiem, które choć posiadało sens zerowy, jaśniało blaskiem wspomnienia, znaczącego dziś więcej niż importowany kapitał.
Dotarli do stolika, gdzie zastali znudzonego Serge LeMarka, eleganckiego młodego mężczyznę w (na oko widać)  drogom smokingu, o uroczej, śniadej twarzy i starannie wyprofilowanym wąsiku. „Kochaniutki” (takie miano zyska dzisiejszej nocy ten elegancki człowiek) zagadywał właśnie kobietę, o nieodgadnionym dla Edwarda obliczu, gdyż  siedziała do niego plecami. Kobieta była drobnej postury, o jasnych, modnie przyciętych włosach.
- Kochani moi, mam dla Was niespodziankę! – pisnęła w typowy dla siebie czpiotliwy sposób. – Wracając z pomieszczenia dla pań spotkałam mojego, dobrego przyjaciela, Pana Bakera.
- Witaj Edwardzie.- Rzucił spokojnie jak na introdukcję swojej żony Serge. – Przedstawiam Ci Lady Sinceburry.
Dama odwróciła się ukazując bladą twarz, zielone oczy i cieniutkie czerwone usta. Edward pochylił się z koślawą gracją, całując jej rękawiczkę.
- A także Lorda Archera – Ciągnął Pan LeMark.
- Niezmiernie mi miło Panie?
- Baker, Edward Baker. – Odpowiedział onieśmielony osobistościami Ed, dotąd nie poznał żadnej Lady ani Lorda.
- Proszę o wybaczenie Panie Baker  – ukorzył się Lord Archer  – niechże Pan z nami usiądzie.
Edward został usadzony między Lady Sinceburry a Panem LeMark, na scenę właśnie weszła Suza w czerwonej sukience i sięgających do łokcia czarnych rękawiczkach.
- Zgubiłem psa – przypomniał sobie nagle.
- Bardzo mi przykro Panie Baker, kiedy to się stało? – Zapytała stworzona Lady Sinceburry.
- Przed chwilą- odparł zgłupia Edward, wpatrując się oniemiały w wypukłą pierś, chcącą najpewniej uwolnić się z więzów białej sukni.
- To tu wpuszczają zwierzęta? – Zapytała tym razem oburzona, a wielka diamentowa brosza zadrżała pod wpływem energicznego wciągnięcia powietrza, podnoszącego jej piersi jeszcze wyżej ku szyi.
Edward dawno już nie był mężczyzną.
- Kochaniutki może przyniósłbyś nam odrobinę bąbelków. – Zwróciła się do Lorda Archera.
- Wedle życzenia –  z uśmiechem niczym sługus, odrzekł lord.
- Panie Baker, proszę niech Pan  opowie o tej biednej psinie. – Zagadnęła słodko, przenosząc uśmiech z Archera na Eda.
- Buddy to poczciwe psisko, był ze mną na froncie we Włoszech, tam go przygarnąłem, wspierał mnie jak najlepszy przyjaciel.
- Jakże to wspaniała historia! – Przyklasnęła Lady Sinceburry.
-Uwielbia muzykę – ciągnął dalej – to on mnie tu dziś przyprowadził, jak każdego dnia gdy śpiewa Suza – gestem wskazał na piękność o kasztanowych włosach, siewającą teraz wesołą piosenkę o wojnie. Ed się skrzywił.
- To niewiarygodne – zachwycała się – muszę natychmiast poznać pańskiego psa, Panie Baker, proszę jutro do nas dołączyć na pikniku na Polach Marsowych.
- O tak, koniecznie ! – zawtórowała jej pani LeMark.
- Są panie niezwykle uprzejme.
Lady Sinceburry promieniała, nucąc słowa piosenki, jakie znała każda dziewczyna, gdyż od pamiętnego 1914 roku, rozbrzmiewały echem w europejskich klubach, niosąc rozrywkę kobietą, których mężczyźni zostali wcieleni do wojska. Ale ta dama nie była pierwszej młodości, co zdecydowanie zdradzały zmarszczki pojawiające się wokół jej ust gdy się śmiała, czego jeszcze nie dostrzegał weteran. Patrzył na nią z nie krytą fascynacją,  a ona podrygiwała na krześle, radośnie klaszcząc w dłonie, w rytm granej melodii.
- Ma Pani bardzo ładną broszę, Lady Sinceburry. – Powiedział chcąc zaskarbić sobie na powrót jej uwagę.
- Ach ten stary rupieć.
- Skoro taki klejnot jest dla Pani rupieciem, musi być pani bardzo dobrze sytuowana. – Łatwo się nie poddawał, zadziwiając sam siebie swoją śmiałością.
- Nigdy w życiu nie pracowałam.- Odpowiedziała zasłaniając usta dłonią, jak gdyby było to coś niezwykle zabawnego.
- W takim razie, Pani mąż musi być majętnym dżentelmenem. – Zasugerował częstując się cygarem, zaproponowanym przez Serge.
- Nie ja po prostu dobrze się rozwiodłam.
W ten czas powrócił Lord Archer z taca pełną kolorowych likierów. Niczym profesjonalista, odstawił ją uważnie na stół, dbając by nie uronić ani kropli z tych delicji. Pokłonił się w czarujący sposób przed Lady Sinceburry i powiódł ją wprost pod zatłoczoną scenę, gdzie kilka par bawiło się przy żwawej jazzowej muzyce.
- Chyba nie uwierzyłeś? – Zagadnął Pan Lemark, gdy Pani LeMark także odeszła od stołu wypatrując jaką swoją znajoma.
- Ale w co?
- W to, że jest taka czarująca.
- A nie jest? – Dopytywał Ed patrząc jak Lady Sinceburry roześmiana bryluje na parkiecie.
- Myślę, że jesteś w jej typie.
Edward zaśmiał się serdecznie.
- Uważasz, że mam szanse przy Archerze, wymuskanym lordzie z wygolonym, pedantycznie wąsikiem i smokingiem szytym na miarę?
- Ależ oni nie są razem – odpowiedział Pan LeMark, delektując się cygarem i rozterka wewnętrzną Edwarda - on jest mężem jej siostry.
-Siostry? To w takim razie gdzie ona jest?
- W połogu- Powiedział szczerząc zęby z cygarem w ustach.
Po chwili milczenia LeMark podoił,
- i co nabrałeś się?
- Na to, że jest czarująca?
- Nie, na to się każdy nabiera.
- Więc na co? – Pytał już lekko poirytowany Edward.
- Na jej arystokratyczny rodowód.
- Przecież nazywa się Lady Sinceburry.
- Taka moda.- odparł lakonicznie Serge.
- Wybacz przyjacielu, ale nie rozumiem.
- Jej bogaty mąż puścił ją kantem, zostawił  dla młodszej, - cmoknął - ale Sinceburry miała tyle oliwy w głowie żeby ich wcześniej przyłapać i zaszantażować. To jakaś dłuższa, mroczna historia, nie znam  szczegółów. W każdym razie, przy rozwodzie sporo z niego wycisnęła i…
- Biedna dziewczyna.
- Słuchaj dalej, sporo z niego wycisnęła, a że każdy teraz chce być kimś, zwłaszcza, że jej młodsza siostra wyszła za lorda zgarniając prawdziwy tytuł. Nasza Lady Sinceburry, a raczej powinienem rzec Anna, zmieniła imię na Lady, stając się tym samym z goła arystokratką. Lady Sinceburry dobre sobie, nie uważasz? Istna la dame blanche.
- Ta – odparł, z jeszcze większą fascynacją, patrząc na tańczącą kobietę.






Report this item

 


Terms of use | Privacy policy

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1