Prose

Andrzej


older other prose newer

29 january 2012

Spotkanie po latach"

Mężczyzna w granatowej zimowej kurtce z czarną niewielką torbą przewieszoną przez ramię o szesnastej wyszedł z terminalu lotniska, na krótką chwilę zatrzymał się i spojrzał na tablicę rozkładów odlotów i przylotów, potem na kolorowe foldery przed okienkiem informacji. Kupił w kiosku gazetę obserwując mijających go podróżnych. Przeszedł pieszo niecałe sto metrów na przystanek i wbiegł do środka w ostatniej nieomal chwili przed odjazdem autobusu. Przejechał około dwudziestu minut, wysiadał i po piętnastu minutach przesiadał się do następnego autobusu. Po jakimś czasie znów wsiadał do następnego autobusu.
Bezchmurne niebo nad miastem przybierało kolor ciemnego granatu, przechodzący gdzieniegdzie w ciemną ołowianą szarość. Wokół odczuwało się przygotowania do nadchodzących świąt Bożego Narodzenia w atmosferze kolorowych dekorowanych sklepów i migających różnobarwnymi światłami choinek stojących na dworze.
Na drogach wewnętrznych prowadzących w zwarty kwadrat kamienic i rodzinnych domów i zachował się zwyczaj zapalania w oknach świec w wigilijny wieczór, to wiązało się dawniej z symboliką oświetlania drogi biednym wędrowcom, zbłąkanym w nocy. Świece zostały wyparte przez kolorowe elektryczne lampiony, które przetrwały w stanie nienaruszonym od wojny.
Stał w autobusie plecami do okna. Starał się trzymać prawie zawsze na uboczu, uważnie lustrując wzrokiem jadących pasażerów. Pasażerowie autobusu spoglądali przed siebie, inni rozmawiali ze sobą, zajęci byli rozmowami telefonicznymi lub czytaniem gazet. Te same, jak co dzień twarze.
Na dworze było zimno sypał śnieg i wiał silny północno-wschodni wiatr. Szyby autobusu pokrywała buchająca z ust pasażerów para. Chwilę później cienka warstwa lodu pokryła wewnętrzną stronę szyb. Po chwili warstwa lodu pokrywająca szyby ograniczała widzialność do zera. Najwidoczniej ogrzewanie w autobusie podmiejskim nie mogło sprostać wymaganiom.
Na ostatnim przystanku już na obrzeżach miasta, tuż obok zaśnieżonego i opustoszałego o tej porze parku duży elektroniczny termometr wskazywał minus dziesięć stopni. Lampy w autobusie dawały niewiele biało niebieskiego światła. Rękawem czarnej kartki przetarł zaparowaną szybę w oknie i starał się przezeń patrzeć chwilę, przez bezkształtny rozmaz na szybie. W oddali rysowały się niewyraźnie dwie ściany lasu; szare i wielkie. Pomiędzy tymi piętrami nieliczne o tej porze samochody mknęły szeroką arterią. W czasie jazdy warunki pogodowe pogarszały się z minuty na minutę, pochylił się, próbując coś zobaczyć w coraz bardziej zaparowanej szybie.
Zamieć śnieżna coraz bardziej gęstniała i prawie już nie było widać pobliskich zabudowań i rozchodzących się ulic. Lampy zawieszone nad ulicą rzucały mgliste bladożółte snopy światła.
W mroku kończącego się dnia, przebiegająca nieopodal kilkupasmowej trasy autobusu duża i odśnieżona droga wiodąca na jednej z największych arterii miasta. Młode ośnieżone drzewa opierały się podmuchom porywistego wiatru. Spojrzał na zegarek. Dochodziła siedemnasta. Za trzydzieści minut będzie koniec tej wyprawy. Szeroka droga była dobrze utrzymywana, choć kiedy autobus zjeżdżał w zatoki przystanków słychać było jak przemarznięty śnieg chrzęścił po kołami. Tuż przed wjazdem na most nad kanałem, po obu stronach wąskiej zasypanej śniegiem drogi, stały nagie o tej porze roku drzewa. Droga nagle łagodnie zakręcała i opadała, biegnąc gęstym świerkowym lasem; od czasu do czasu, raz znikając, to znów pojawiając się odsłaniała, zza przyprószonych śniegiem drzew; ośnieżoną płaszczyznę, ku zabudowaniom, w dole. W oddali nieśmiało wyłaniała się oświetlona strzelista wieża kościoła na wzgórzu i dalej dachy domów. Uwielbiał wszelkie punkty widokowe, miejsca, gdzie z ptasiej perspektywy można okiełznać i uporządkować krajobraz. Na tym balkonie widokowym czasu było niewiele, podziwianie okolicy utrudniała pogoda, ale panorama rekompensowała te niewygody. Od północnego wschodu majaczyła wielka ośnieżona ściana lasu oddzielająca dwa jeziora. Wokół pełno było przyprószonych śniegiem drzew, a między dość zwartą zabudową i skupiskami drzew meandrowała mała rzeczka.
Była niewidoczna o tej porze dnia i w tych warunkach pogodowych. Nieopodal zabudowań stało szare jezioro. Zapatrzył się na dolinę. Nagle autobus zwolnił, wyhamował prędkość, potoczył się w śnieżnej koleinie i wjechał w zatoczkę na przystanek. Po chwili drzwi z sykiem zamknęły się za nowym pasażerem. Mężczyzna niczym specjalnym nie wyróżniał od pozostałych pasażerów. Był niskiego wzrostu, krótko ostrzyżony szpakowaty, o dużej kwadratowej ogorzałej twarzy.  Po wejściu do środka autobusu zajął miejsce w niewielkiej odległości od stojącego wcześniej mężczyzny, rozpiął skórzaną ocieplaną czarną kurkę, brązową kraciastą marynarkę w dużo ciemniejsze kostki i rozluźnił krawat i poprawił kanty czarnych spodni, popatrzył na ośnieżone czarne botki, po czym wygodnie w usadowił się na siedzeniu. Założył okulary w złoconej oprawce i chwilę rozglądał się po jadących.
- Klapa?- Zawołał nagle grubas z swego siedziska w kierunku stojącego przy oknie pasażera. Tamten w pierwszej chwili nie miał pojęcia, o co mu chodzi. – Klapa! Tak na pewno. Cezary Klapa!
Stojący mężczyzna wzruszył ramionami.
- Cezary Klapa – Siedzący mężczyzna nie ustępował, zsunął okulary, zmrużył oczy i przyglądał się znajomemu mężczyźnie.
- Spadaj dziadu! - syknął Klapa.
- Pieprzyk pod nosem. Tak to, Czarek Klapa.
- Pan się myli.
- Nie. Na pewno nie, przyjacielu. Pamiętasz mnie? Jestem Antoni Supeł.
- Kto?
- Antoni Supeł.
Supeł poprawił krawat zapiął kurtkę, nagle wstał i ruszył idąc mu na spotkanie. Zielony podmiejski autobus gwałtownie skręcił, zmieniając pas jezdni i Supeł wykonał niczym pół piruet, po drodze zahaczając i uderzając siedzących w autobusie, potykając się o czyjeś długie nogi zatrzymał się przed pobladłym Klapą.
- Chodziliśmy do tej samej szkoły. Siedziałem w zielonej ławce tuż za tobą. Klasy na piętrze w starym budynku z czerwonej cegły. Szkoła na poznańskich Winiarach. Pamiętasz Klapa? Tak się cieszę, że cię mam!  Tak się cieszę!
- Co ty człowieku, robisz? – zapytał.
- Tak się tylko rozglądam. Czy to pan jest Cezarym Klapa? - zapytał podirytowany grubas.
 Żadnej odpowiedzi.  
- Proszę pana, proszę posłuchać. Jestem Antoni Supeł. Mam na imię Antoni. Muszę z  panem porozmawiać. Czy to pan jest Cezarym Klapa?
Stojąc bokiem do grubasa mężczyzna nagle odwrócił głowę i popatrzył na Supła ponad swoim ramieniem.
- Antoni? – spojrzał na niego z wyraźną ciekawością. - Nie wiem, kim pan jest. Zupełnie nie znam żadnych Antków. Nie znamy się przecież. To przecież oczywista oczywistość. Prawda?
- Och, znam to powiedzenie. Perełka!
- Też to lubię. Tą perełkę ma pan pewnie w domu?
- Ach nie. Staszek na mnie czeka. Właśnie panu powiedziałem. Jestem Supeł. I tak sobie teraz myślę, że być może ma pan rację. To było bardzo dawno…
- Co?
- Historia.
- Nie mam z tym nic wspólnego.
- To przykre – stwierdził Supeł.
Jechali jakiś czas w milczeniu.
- Co pan tutaj robi? – zapytał po chwili Supeł
- Co takiego? Co to pana, do jasnej cholery, obchodzi? Czy pan wie, co pan robi? - Klapa poczuł narastającą złość
-  Myślę, że wiem, co mówię i robię. Chociaż, bardzo rzadko odpowiadam na pytania, za chwilę otrzymasz odpowiedź. Na wstępie mała uwaga. Nie ładnie pachnie, tobie z buzi…Niedobrze, że nic o tym nie wiesz - powiedział po chwili. - Śmierdzi tobie z ust. Masz brudne, przetłuszczone włosy…
-  Brakuje panu, partnera do……...Załóżmy, że do rozmowy?
- Nie sądzi pan, że ja mogę być?...  Tutaj w tym zatłoczonym autobusie, w przedświątecznym zgiełku, nie panuje pan, nad sytuacją. Ponosi pana.  - Supła ogarnęła radość.
-  Ile ma pan czasu? – zapytał Klapa.
 - Trochę.
-  Czyli, nie wiele? Może jednak wieczorem….
- Nie przesadzaj. Mam ci znów uwierzyć? – Powiedział i uniósł brwi w oczekiwaniu na
  reakcję.
- Owszem.
- Muszę to wziąć, pod uwagę – przyznał po namyśle Supeł. – Mimo, że wydaje mi to bardzo dziwne.
- Wszystko jest dziwne.
- Dobrze. Zatem, kiedy i gdzie?
Klapa odchylił się i zamknął oczy.
- Możemy się spotkać za godzinę tutaj w knajpie.
- Oj!  A, mówiłeś, że masz wolne mieszkanie. Kłamczuch!
- Wolę tam gdzie powiedziałem.
- Obawiasz się czegoś?
- Nie.
- Mieszkasz tutaj?
- Czy to ważne?·
- Będziesz?
- Będę i zrób to samo.
Supeł już tego nie słyszał, bo autobus nagle przyhamował i ostro skręcając wjechał w zatoczkę na przedostatni przystanek. Siła odśrodkowa bezwładności sprawiła, że Supeł nie trzymając się poręczy wpadł na stojącego Cezarego Klapę.
- Chcesz mnie wykiwać ty śmierdzący menelu – krzyknął Supeł!  Tutaj nie ma knajpy.
- Upierdliwy stary dziad…..
Klapa chwycił Supła za rozpiętą czarną kurtkę i silnie odepchnął od siebie.
Kilka par oczu jadących pasażerów patrzyło w ich kierunku. W autobusie zrobiło się cicho.
- Nie znoszę śmierdzieli. –Zawołał głośno Supeł. Ostatkiem sił łapał powietrze.






Report this item

 


Terms of use | Privacy policy

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1