Poetry

Arsis


older other poems newer

28 november 2023

To wszystko przybywa z samotności

Jakieś truchła, rozwarte gęby maszkaronów… To tu, to tam nieznośne pokrzykiwania, mlaskania oblizujących się lubieżnie zwidów.

Ich czerwone usta, nabrzmiałe,
przekrwione usta…
Ich rozwarte, bliskie śmierci ramiona, jak te poroża wyostrzone cierpieniem.

Kto tu jest?
Ja tu jestem

Chodzę wkoło, błąkam się, rozgarniam z metalicznym pogłosem
jakieś porzucone sprzęty, radiole, kineskopy starych telewizorów…

Cuchnące trupim tłuszczem,
zastałym w trzewiach frezarek smarem.

Pełno ich tu.

Podnoszę z podłogi, upuszczam.

Odrzucam, podrzucam, przerzucam… Ostukuję młotkiem, żelaznym prętem to tu, to tam…
Jakieś zakamarki, załomy, otwarte, zamknięte żelazne drzwi…

Za nimi kolejne i kolejne zakręty, pomieszczenia, fabryczne hale…

Plątanina korytarzy, prowadzących donikąd rozgałęzień, arterii…

Półmroczne,
pełne
pajęczyn,
opiłków żelaza…

Ściany. Pełne złogów ściany.
Zbroczone chłodziwem, potem i krwią.

Przez wąskie, wysokie okna katedry wsącza się szary świt,
który pada na kamienny katafalk, na zardzewiały złom, plątaninę kabli…

Skąd tu nagle krzyż?

Wielokrotne
spojrzenia
czarnych oczu…

*

Chyba się obudziłem z aureolą światła nad głową.
Wisząca lampa niczym słońce, ale to noc,
okrutna noc spotęgowana w swojej maestrii lodowatej pustki.

To noc…

Ta oto
noc
Ta noc…

Siedzę na podłodze z dębowych,
ułożonych w jodłę klepek.
Siedzę, a może i leżę. Nie wiem.

Tam, nade mną,
a może
poza mną...

Gdzieś w oddali drugiego pokoju,
Po drugiej stronie
mrocznego przedpokoju…

Wchodzi się do niego…
— wychodzi po miliardzie lat…

Siedzę na podłodze, oparty plecami o zimną ścianę.
W dłoniach: „Opowiadania odeskie”, Izaaka Babla.

Przynajmniej jakiś jeden konkret w tej całej pozazmysłowej gmatwaninie nie wiadomo czego.

Chyba czytałem.
I czytam wciąż.
Poznaję te odległe w czasie historie…

I tak oto Benia Krzyk, wygłasza mowę nad grobem swojego przyjaciela.
Nad jego głową słońce w kolorze sepii,
w pełnym jakichś chropowatych przebłysków niebie.

Tak, jak na starej,
celuloidowej
filmowej taśmie…

Coś mówi…

Porusza ustami jak mój nieżywy już ojciec,
podczas nagłych odwiedzin we śnie.

I mówi…

Nasłuchuję, lecz zamiast słów,
tylko szumiąca w uszach,
piskliwa cisza gorączkowego zwidu.

Znowu się tego namnożyło w formie mżących,
kalejdoskopowych plam, kiedy zaciskam je mocno powiekami.

Pełno tu jakichś kantów,
geometrycznych figur,
niekończących się fraktali.

Nachodzących na siebie, przenikających się nawzajem spiral, jak w ciągu Fibonacciego.

Ktoś tu bez wątpienia jest.
Jest i we mnie, i na zewnątrz. Wszędzie…

Ktoś tu jest zatopiony w melancholii przeszłego czasu.

Ktoś
tu
jest.

Przechadza się w tę i z powrotem. Chodzi wkoło.
Schodzi, gdzieś spod sufitu,
podnosząc ręce w geście tryumfu.

Wygraża palcem, wygłasza coś oskarżycielskim tonem…

I wszystko zatopione w piskliwym szumie gorączki. W kompletnej głuchocie.

Bez sensu to
i jakieś niedorzeczne.

Lecz już niedowidzę. Nie widzę konturów rzeczy.

Pulsująca, rozmazana plama przybliża się, to znów oddala… Jakby oddziela się od reszty…

Płynie…

*

Otwieram oczy. Jadę w pustym przedziale pociągu.

Za oknami mrok.

Odbita w szybie zniszczona twarz.

W moich dłoniach… Cóż w moich dłoniach…

Jedynie próżnia, pamięć twojego dotyku.
Ostatnie kęsy wspomnień, przelatują z szelestem ptasich piór, wylatują, mkną…

W pustym przedziale pociągu puste, obite czerwonym skajem siedzenia.

Ze śladami wgnieceń po nieżywym ojcu i nieżywej matce,
kiedy byli tu jeszcze za życia.

I mimo że umarli, to czasami ich widzę.

Machają mi wtedy z daleka,
kiedy przychodzą razem
albo osobno.
Albo, kiedy odchodzą, gdzieś, nie wiadomo gdzie.

To dowód na to, że są.

Metafizyczny bardziej, ale zawsze.

Tak więc leżę na linoleum, mrużąc oczy od światła.
Przesłaniam je rozkrwawionymi palcami po delirycznej walce ze ścianą.

Zaiste, zimno tu
i samotnie.

Toczy się w tę i z powrotem
pusta butelka po alkoholu.
Zdążył się już rozlać w żołądku cudownym ciepłem.

Na podłodze wyrwana
z zeszytu kartka,
pożółkły ze starości, podeptany list…

Coś pisałem,
lecz zapomniałem, co.

Jarzeniówki przygasają w rytm stukających kół.

Dokąd ja
tak jadę?

Do ciebie?

… donikąd… w noc…

(Włodzimierz Zastawniak, 2023-11-28)

***

https://www.youtube.com/watch?v=lSwc-Zydhoo






Report this item

 


Terms of use | Privacy policy

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1