Prose

Marta Grzebuła


older other prose newer

12 october 2011

DOTYKAJĄC NIEBA

KINGA I KRZYSZTOF
Było letnie słoneczne południe, pierwsze dni lipca były wyjątkowo upalne, temperatury sięgały do prawie czterdziestu stopni w cieniu i nikt nawet nie zastanawiał się, ile może być w
słońcu. Wszyscy się tylko rozkoszowali pięknem i ciepłem lata. Fala gorąca wtapiała się w miasteczko, niczym płomień w świecę. Ulice wyglądały na wyludnione. Tylko gdzieniegdzie,
niezbyt szybkim krokiem, przechadzał się jakiś człowiek, który zdawać by się mogło, przemieszczał się po tych opustoszałych ulicach całkiem bez celu, kurczowo trzymając kolorową
bądź białą parasolkę, w nadziei, że ta uchroni go przed żarem lejącym się z nieba. Lub zwyczajnie miał na głowie białą czy jakąś inną kolorową czapkę, ale za to koniecznie z daszkiem, by ten
osłonił jego głowę i oczy przed tym niesłychanym żarem. Nie inaczej wyglądały dzieci. One też chronione przez różnego rodzaju, niekiedy bardzo wymyślne nakrycia głowy, wesoło podskakiwały u boku swoich rodziców, w tej niezbyt długiej drodze na plażę. Drzewa kładły majestatycznie cień na chodniki i ulice. Te, równie puste, co zacienione, pozostawały w oczekiwaniu na jakiś pojazd. Dachy domów w swojej czerwieni odbijały
intensywność promieni słońca. Widać było, jak w starciu z chłodniejszym powietrzem, unoszącym się tuż nad dachami, falowały drobinki pyłu i kurzu, które zostały uniesione z powierzchni nie tylko owych dachów, ale i z chodników, czy ulic. Żaluzje sklepów opuszczone aż po sam parapet, nie
pozwalały na to, by choć jeden promień słońca odnalazł drogę do wnętrza. Podobnie wyglądały domostwa. Ta część miasta wyglądała na wyludnioną. Gdzieniegdzie dało się tylko słyszeć
szczekanie psów, trzask zamykanych okiennic bądź drzwi domów.
A całkiem z oddali dochodził radosny śmiech i plusk wody. Tam koncentrowało się w tej chwili życie miasteczka. A było ono usytuowane niemal nad brzegiem ogromnego jeziora. Z jednej
strony otoczone małymi bądź większymi domami, z drugiej zaś strony całą przestrzeń wypełniał las, który w swej majestatycznej zieleni trwał niewzruszony od niemal setek lat. Krył wiele
tajemnic, wiele ścieżek zdawać by się mogło, nigdy nie dotknęła ludzka stopa. Jedynie zwierzęta mieszkające w tej pełnej uroku zieleni, znały każdy zakamarek. One tam królowały, były panami tej ogromnej, leśnej przestrzeni. Kiedy z oddali patrzyło się na ten piękny teren, odnosiło się wrażenie,
że niektóre wierzchołki drzew dotykały nieba. Malownicze położenie owego miasteczka co roku ściągało wielu turystów, spragnionych piękna, spokoju i zasłużonego odpoczynku. Już od
wczesnych godzin porannych aż do późnego wieczora, większość mieszkańców i ogromna część turystów z nieukrywaną radością oddawała się słodkiemu lenistwu na zadbanej plaży, korzystając
ze wszystkich dobrodziejstw, jakich mógł dostarczyć im ten zakątek. Była tam wypożyczalnia kajaków, nart wodnych, rowerów i skuterów czyli wszystkiego, co mogło pływać po wodzie, lub poruszać się po wytyczonych alejkach wokół lasu, nie licząc oczywiście, też małych żaglówek, które niejednokrotnie w majestatycznym ruchu poruszały się zgodnie z płynącymi falami jeziora. Można też było skorzystać z mini barów, które były dość gęsto usytuowane, wszystkie nieopodal siebie. Nie tworzyły sobie nawzajem konkurencji, ponieważ było tu tak wielu plażowiczów, że jeden bar nie byłby w stanie obsłużyć wszystkich wypoczywających tam osób. Wybrałam to miasteczko na swój tak już zasłużony odpoczynek, przez czysty przypadek, a
niemałą w tym też zasługę miała moja koleżanka z pracy. To ona pierwsza, razem ze swoją rodziną, odkryła tę malowniczo położoną miejscowość i z czystym sumieniem mi ją poleciła. Dziś, kiedy tak spaceruję małymi i pełnymi magii uliczkami, jestem nie tylko zadowolona ale i oczarowana, tym panującym tu spokojem, i tym autentycznym pięknem, które mnie tak intensywnie zewsząd otacza. Zawsze też niespiesznym krokiem udaję się na plażę. Samochód zazwyczaj pozostawiam wystarczająco daleko. Spacer pozwala mi, choć trochę, zaczerpnąć niczym z dzbana pełnego źródlanej, wręcz diamentowo czystej wody, tego subtelnego uroku. Wszystko, na co tu patrzę,
czego doświadczam, wydaje mi się zakątkiem niczym nieskażonej przestrzeni. A kiedy jestem już na plaży z nieukrywaną przyjemnością patrzę na tych wszystkich ludzi, oddających się z taką autentyczną radością słodkiemu lenistwu i zabawie.
Jedni drzemią na swych bajecznie kolorowych kocach bądź leżakach, inni w sposób aktywny spędzają ten darowany im czas relaksu, grając w piłkę czy też zwyczajnie, zażywając kąpieli w
błękicie wód jeziora. Oczywiście, największą radość, na granicy szaleństwa, mają dzieci. Ich gwar, a niekiedy krzyki wypełniają całą przestrzeń plaży, nikomu to jednak nie przeszkadza. Bawią się więc pod czujnym okiem rodziców czy też ciotek, babć, wujków, dziadków, którzy często wraz z nimi oddają
się uciesze pływania albo budowania zamków na piasku.
Dziś również oddawałam się wnikliwej i poniekąd relaksującej mnie obserwacji, ale choć ten widok był naprawdę zajmujący i zmienny, niczym kryształki kolorowego szkła w kalejdoskopie,
poczułam w pewnym momencie znużenie. Zapragnęłam zamknąć oczy i udać się na krótką drzemkę. Wyciągnęłam się więc wygodnie na swoim kocu w kolorze orzecha, twarz zasłoniłam
słomkowym kapeluszem, a jego czerwono-zielone wstążki podłożyłam sobie pod głowę w nadziei, że w ten oto sposób uchronię go, przed niekontrolowanym lotem w przestrzeń, gdyby to wiatr postanowił odkryć moją tajemnicę słodkiego snu. Ułożona, jak mi się wydawało wygodnie i bezpiecznie, powoli pozwoliłam powiekom, by wraz z gęstymi długimi rzęsami, opadły na mój nieco zaokrąglony policzek. Ogarnął mnie błogi i spokojny sen, który wiódł mnie do krainy marzeń. To był pełen relaks. Nagle obudził mnie dotyk czyjejś dłoni. Był niczym głaskanie.
Delikatne i ciepłe palce muskały moją częściowo odkrytą twarz. Po chwili usłyszałam równie miękki i subtelny głos mężczyzny, jakże mi znajomy głos...

– Kingo, witaj, cieszę się, że cię odnalazłem. Po części dzięki twojemu słomianemu nakryciu głowy, jest dość charakterystyczne. Spojrzałam z niedowierzaniem, a na twarzy mężczyzny w tej samej chwili pojawił się uśmiech, równie serdeczny, jak wyraz jego oczu.

– Krzysiu – zawołałam, a serce moje zaczęło swój radosny taniec. Tak się zawsze działo, kiedy go widziałam.

Był wysokim, przystojnym mężczyzną o pięknej opaleniźnie i śnieżnobiałym uśmiechu. Kiedy szliśmy razem, czasami odnosiłam wrażenie, że wszystkie kobiety, niezależnie od wieku,
pożerają go wzrokiem. Siebie nie uważałam za Kopciuszka, ale on miał prezencję królewicza i dla mnie był niczym królewicz z bajki. Byliśmy już ze sobą bez mała półtora roku i uważałam, że tworzymy harmonijny związek, wydawało mi się też, że tak pozostanie po kres naszych dni. Czas miał mi pokazać, na ile miałam rację, a na ile się myliłam.

– Miałeś nie mieć urlopu? – spytałam, wciąż lekko zaskoczona jego obecnością, podnosząc się równocześnie z koca. On zaś objął mnie czule i zamiast udzielić odpowiedzi, nie zważając na
otaczający nas tłum, zbliżył swoją twarz i obejmując mnie, zaczął całować. Poddałam się temu z nieukrywaną radością i przyjemnością, a moje ciało bezwiednie, ponownie osunęło się na koc. Kiedy nasze usta, wystarczająco nasycone sobą, odsunęły się od siebie, położył się obok mnie, a jego dłonie powędrowały w poszukiwaniu moich dłoni. Leżeliśmy trzymając się za ręce i Krzysztof dopiero wtedy odpowiedział na moje pytanie.

– Urlop? Urlop, po prostu, załatwiłem – powtórzył mrużąc oczy i nie czekając na moją reakcję, kontynuował.

– Wiesz, że miałem niewykorzystany urlop jeszcze za zeszły rok, szef nie miał żadnego argumentu i choć próbował swoich sztuczek w stylu „jest pan niezastąpiony”, to ja byłem nieugięty i szybko uderzyłem w niego kontrargumentem... – powiedział rozbawiony – „prawie dwa lata, bez urlopu, szefie” – powiedziałem mu. I cóż miał robić?... Poddał się i tak oto jestem z tobą, moja Kruszynko – dodał na koniec tonem zwycięscy, a jednocześnie pełnym uczucia. Ja z przyjemnością i wciąż z niedowierzaniem patrzyłam na mojego Krzysztofa. Byłam więcej niż pewna, że kolejne lato spędzę samotnie. A tu proszę... Krzysztof, w całej swojej okazałości i jak zwykle pełen energii, która udzielała się każdemu, kto przebywał w jego otoczeniu dłużej, niż przysłowiowe pięć minut.

– A jak się tu zorganizowałaś? – spytał. – Przyjechałaś przecież tu nie mając żadnej rezerwacji, a wczoraj dzwoniłem do ciebie na komórkę, ale połączenie nie było możliwe... jakieś przeciążenie sieci... czy coś... – pytał, a jednocześnie nie czekając na moją odpowiedź dodał – bo z rozmowy telefonicznej z tobą, tuż po twoim przyjeździe, wywnioskowałem, że udało ci się załatwić niedużą kwaterę i to blisko lasu, po drugiej stronie miasta... prawda to? – Tym razem poczekał aż udzielę odpowiedzi, przy czym, wpatrywał się w moje oczy wspierając się na łokciu, co mnie lekko peszyło. Choć lubiłam to jego mocne, badawcze spojrzenie wyrażające tyle ciekawości i dynamiki,
to jednak czasem czułam się nieswojo.

– Tak, miałam szczęście, po przyjeździe udałam się od razu do znajomych Agi, koleżanki z pracy, wiesz której? – wtrąciłam. Krzysztof kiwając tylko głową, potwierdził dobrze mu znany fakt
i osobę, a ja kontynuowałam.

– To właśnie Aga mówiła mi, że tu nie ma problemu z kwaterami i podała mi adres jednej z nich. Miała tylko po części rację, u jej znajomych nie mogłam się zatrzymać, ale podali mi kilka
adresów i jak to zwykle bywa, ostatni był aktualny. To ładny nieduży domek, wolnostojący, z osobnym wejściem, a jedyny mankament to ten, że muszę objeżdżać dookoła jezioro, by dostać się tu, na plażę, czy też do miasteczka. Ale droga jest dobra i w sumie zajmuje mi to niewiele czasu.

– To dobrze – odparł Krzysztof – podoba mi się zwłaszcza to osobne, niekrępujące wejście – powiedział nieco kokieteryjnym głosem i jednocześnie porozumiewawczo puścił do mnie oko – a ja będę mógł się tam zatrzymać? Gospodarze są w porządku? – Jego głos tym razem zdradzał lekki niepokój.

– Na pewno – powiedziałam z dużym przekonaniem – tam jest tylko gospodyni, to miła starsza wdowa, jej mąż zmarł parę lat temu. Tylko tyle o niej wiem, aha i jeszcze to, że ma na imię
Bronisława.
Tę informację wtrąciłam mimochodem, ponieważ i ja zaczynałam się zastanawiać, czy rzeczywiście pani Bronia nie będzie miała nic przeciwko temu, by wraz ze mną zamieszkał ktoś jeszcze, i do tego, mężczyzna. To była starsza osoba, o bóg wie, jakich zapatrywaniach. Nie okazałam rodzącego się we
mnie niepokoju, ponieważ uważałam to za przedwczesne. Postanowiliśmy więc zebrać cały tak zwany majdan z plaży i pojechać do domku, by zawczasu zorientować się o możliwości
zamieszkania Krzysztofa wraz ze mną. Spakowaliśmy wszystko do samochodów w sposób niezbyt uporządkowany i ruszyliśmy w drogę, każdy swoim autem. Ja oczywiście jechałam pierwsza, a
Krzysztof podążał w ślad za mną. Jechaliśmy początkowo po piaszczystej wewnętrznej uliczce, a następnie poruszaliśmy się po szerokiej, dobrze utrzymanej drodze, wiodącej po łuku wprost do
mojego domku, stojącego na pograniczu magicznego lasu. Dochodziła trzecia, kiedy dotarliśmy na miejsce. Okazało się od razu, że moja gospodyni nie będzie miała nic przeciwko jeszcze jednemu wczasowiczowi, nawet się ucieszyła, bowiem jak stwierdziła, uraczywszy nas swoim słodkim
uśmiechem.

– To dodatkowy pieniądz.

I na tym cała rozmowa się skończyła. Krzysztof wraz ze mną zaczął wypakowywać swoje dwa plecaki. Okazało się, że miał jeszcze spakowany namiot, bo nie będąc pewnym kwatery,
zabezpieczył się w ten właśnie sposób. – Na szczęście nie będzie mu potrzebny – pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie. On natychmiast dostrzegł moje zadowolenie i nie omieszkał tego
skomentować.

– No, kochanie, co cię to tak ubawiło? – spytał przekornie.

– To źle, że pomyślałem o wszystkim? – kontynuował, a już po chwili ze swoim, tak typowym dla niego, uśmiechem dodał.

– Przecież, gdyby okazało się, że nie byłoby możliwe, bym wraz z tobą zamieszkał, to... wierz mi Kruszynko, ty zamieszkałabyś ze mną, w moim małym, kawalerskim namiocie – dodał z
ogromną pewnością w głosie, wchodząc wraz ze mną do niedużego pokoju, który oprócz przestronnego tarasu, dysponował dobrze wyposażonym aneksem kuchennym, a w niedużym wąskim przedpokoju mieściła się równie przytulna łazienka z prysznicem. Właściwie miałam tu wszystko, co jest potrzebne, by przez dwa tygodnie móc zażywać słodkiego lenistwa, a jednocześnie czuć, że wszystko, czego potrzeba, jest na wyciągnięcie ręki. Po rozpakowaniu plecaków Krzysztofa, oboje postanowiliśmy, że schowamy się w naszym zakątku aż do wieczora, w ten sposób unikniemy upału, a jednocześnie zażyjemy chwili zasłużonego odpoczynku. Zsunęliśmy dwa małe tapczaniki, ułożyliśmy na nich śpiwory Krzyśka, by powierzchni nadać bardziej przyjazny, opływający kształt. Po zaścieleniu, okazało się, że udało nam się stworzyć całkiem wygodne łoże. Nie czekając na zaproszenie oboje zrzuciliśmy z siebie i tak już skąpe ubrania i zanurkowaliśmy w biel pościeli. Panował pod nią przyjemny chłód, tylko że z czasem, nasze ciała zaczęły grzać nie tylko pościel, ale i siebie nawzajem i znów zrobiło się nam gorąco. Jednak trwaliśmy tak przytuleni, obejmując się i całując, aż powoli, dyskretnie w nasze umysły i ciała zaczął się wkradać sen... Błogi i spokojny. Zapadał zmierzch, niepostrzeżenie dla nas
śpiących, księżyc wraz z jeszcze widocznym słońcem, przetaczał się po coraz ciemniejszym niebie. Wiatr odważniej i silniej przemykał po uliczkach miasteczka, plaży, i swawolił w tajemnym lesie. Nadchodził tak upragniony chłód. A my wciąż wtuleni w siebie, ogrzani swoimi ciałami, trwaliśmy w objęciach Morfeusza, nieświadomi niczego, oprócz własnej obecności. W pewnej chwili zaczął do mnie docierać dźwięk, coraz silniejszy, natarczywy i niepokojący moje senne marzenia. Otworzyłam oczy i wzrok swój skierowałam w kierunku, z którego napływał
ów przeciągły sygnał.

– To moja komórka Kinguś. Nastawiłem budzik, byśmy nie przespali dnia i nocy – powiedział Krzysztof z uśmiechem i jednocześnie przytulając mnie mocniej do siebie, całował moje usta.

– A teraz wstajemy – dodał i przy tych słowach poderwał się na równe nogi. Stał przede mną nagi, piękny i wyciągał rękę w moim kierunku. Niewiele myśląc, podałam mu swoją rękę, niejako instynktownie, a on z całym impetem,
pociągnął mnie ku sobie i oto ja, równie naga, stałam tuż przed nim.

– No nie – powiedział z tajemniczym i pewnym siebie uśmiechem na twarzy – jak takie widoki będę miał przed sobą, to bardzo szybko ponownie wskoczę do łóżka.

Przy tych słowach przyciągnął mnie ku sobie jeszcze mocniej i jego ciepłe, wilgotne usta zaczęły pokrywać moje ciało.
Całował moje piersi i brzuch, a kiedy zaczął schylać się niżej, odsunęłam go od siebie i zaczepnie spytałam.

– Jaką ucztę teraz planujesz, dla ciała czy ducha?
Przy tych słowach kręciłam się delikatnie, chcąc niejako udać, że bardzo mi zależy na uwolnieniu się z jego uścisków.
Niemniej jednak już po chwili, z uśmiechem i równie tajemniczo, co dwuznacznie, kontynuowałam.

– Mam na wiele rzeczy ochotę, ale nie obraziłabym się na jakiś najskromniejszy posiłek... Co ty na to? – powiedziałam już bardziej poważnie, lecz wciąż bacznie i z radosnymi iskierkami w
oczach wpatrywałam się w mojego mężczyznę.
Ten równie rozbawiony, odparł.

– Dla mnie ty jesteś moją strawą – a już po sekundzie, dodał. – I zaraz cię schrupię.

Przy tych słowach, zaczął delikatnie, na niby, mnie gryźć, ja zaś pozostawałam w tym swoim uwalniającym z objęć tańcu i udawałam, że bardzo się go boję. Ale tak naprawdę i we mnie zaczynała pojawiać się ta przyjemna fala ciepła, która w pewnej
chwili przerodziła się w pragnienie, pożądanie. I już nie próbowałam się uwolnić, a jedynie pragnęłam jego pocałunków, które równie namiętne, jak moje, zaczynały wędrować ponownie po moim ciele, a kiedy Krzysztof stanął przede mną twarzą w twarz, pragnęłam, by ta chwila trwała wiecznie. Oboje będąc w uścisku, całując się, zatracaliśmy się w tej harmonii ciał i gestów coraz bardziej i coraz silniej. Pozwalałam na każdy dotyk i odwzajemniałam każdy, pragnęłam go tak mocno, że zaczęło narastać we mnie bardzo silne napięcie, któremu towarzyszyło przyjemne uczucie zbliżającego się spełnienia.
Pragnęłam tego nie tylko ciałem, ale i sercem, pragnęłam tego wszystkiego aż do granic szaleństwa. Z utęsknieniem czekałam na każdy jego delikatny dotyk, a po moim ciele zaczęły
wędrować miliony drobinek rozkoszy, w postaci uogólnionego, opływającego ciało falą, dreszczu. A kiedy zgłębił się w moje tajemne miejsce, które z taką tęsknotą czekało na niego, z moich
ust wydobyło się ciche, niekontrolowane westchnienie, pełne subtelnych nutek zadowolenia. Wtuliłam się w Krzysztofa oddając mu całą siebie, bez reszty, i bez zastanowienia. Chciałam
należeć do niego, sercem, ciałem i umysłem, i tak było... Należałam do niego, a on należał do mnie. Czułam, jak oddaje mi z siebie każdą cząstkę miłości, pożądania i odwiecznego pragnienia.

BRONISŁAWA
Miasteczko zapraszało turystów tęczą świateł kolorowych kawiarni i barwnych, okrągłych niczym jabłko, stolików, które stały otulone światłem lampionów z ulicy, tuż przy owych bajecznie
przystrojonych kawiarenkach czy pubach. Ludzie tłumnie odwiedzali nie tylko uliczne restauracje, czy też pijalnie, gdzie serwowano różnego rodzaju trunki – od gazowanych, po zwykłe soki – ale i oblegali tłumnie park, w którym
oprócz atrakcji dla dzieci, w postaci różnego typu karuzeli i zjeżdżalni, rozciągał się podświetlony kaskadą barw staw, a po nim leniwie pływały łabędzie, które od czasu do czasu w swoim
majestatycznym geście, wyciągały skrzydła, a te zdawać by się mogło, muskały rozgwieżdżone niebo. Kinga i Krzysztof przysiedli na jednej z nielicznych, wolnych ławeczek.
Niedawno wyszli z restauracji, gdzie zjedli przepyszną kolację. Kinga pozwoliła sobie na łyk czerwonego wina.
Krzysztof nie skusił się tylko z jednego, oczywistego powodu.
Mieli przed sobą jeszcze drogę powrotną do ich domku, a on był kierowcą. Niemniej jednak czuł się również syty i zadowolony, sama obecność Kingi była dla niego niczym łyk przedniego
trunku. Kochał tą dziewczynę o pięknych długich kruczoczarnych włosach, brązowych oczach i cerze świeżej brzoskwini. Nie raz zresztą tak się do niej zwracał „brzoskwinko”, ale Kinga wolała
jak mówił do niej „Kruszynko”, więc pozostał przy tym właśnie słowie. Był szczęśliwy, że mógł do niej przyjechać, choć załatwienie wolnego w rzeczywistości nie
przyszło mu z taką łatwością, bowiem o mało nie pokłócił się z szefem, który nie omieszkał wyrazić swojego niezadowolenia, słowami.

– „Pan jest niepoważny, nie bierze się urlopu w czasie największych obrotów w firmie, wiele może pan na tym stracić, panie Krzysztofie”.

On jednak niewzruszony odparł.

– „Nie chcę stracić czegoś znacznie wartościowszego, mojej narzeczonej, już drugi urlop spędza sama... A wie pan szefie, jaką jest piękną kobietą” – próbował nawet zażartować. – „I wie
pan przecież, czym to może grozić?”.

Szef wykonał opływający jego sylwetkę gest ręką i powiedział.

– „A niech to, jedź pan, ale tylko dziesięć dni, nie więcej, a we wrześniu może pan brać cały urlop, nawet ten zaległy. Do widzenia” – rzucił na koniec i zniknął w drzwiach swojego gabinetu.
* * *
Dni płynęły obojgu spokojnie i w pełnej harmonii doznań. Właścicielka posesji była pełnym życia i radości człowiekiem.
Z czasem, zaczęła traktować młodych ludzi, jak bliskie jej sercu osoby. Zdarzało się, że wieczorem, gdy dzień powoli chylił się ku nocy, szykowała na terenie niedużego ogrodu kolację pod gwiazdami – jak mawiała. Nie czuła się wówczas taka samotna, a jednocześnie wiedziała, że i tej parze młodych ludzi
sprawia przyjemność. Rozmawiali z nią o swoich planach, a ona opowiadała im o chwilach, które w jej życiu były najprzyjemniejsze, najpiękniejsze. zawsze też wykazywała się wyczuciem, nigdy nie narzucała im swojej woli. Starała się być elastyczna i serdeczna. Oni zaś z wielką wdzięcznością w
sercu zwracali się do niej w każdej sytuacji... I tak powoli, niepostrzeżenie nawiązała się między nimi subtelna nić przyjaźni. Bywały dni, wieczory, kiedy zabierali ją na wypad do lasu – długie
spacery sprzyjały nie tylko rozmowie, ale i relaksowi.
Niestety czas nieubłaganie płynął i zbliżał się termin wyjazdu Krzysztofa. Kinga mogła jeszcze pozostać niecałe cztery dni i postanowiła, że do końca wykorzysta swoje wolne. Było jej
niezmiernie smutno, kiedy samochód Krzysztofa zniknął za zakrętem i jedynie niewielkie obłoczki kurzu, które za sobą wzbijał, były wymownym sygnałem, że nadeszła chwila rozstania. Oboje mieli w sercu ogromną nadzieję, że będzie ona krótkotrwała... Gdy samochód całkowicie znikł za linią horyzontu, obie panie udały się wąską alejką, która wiodła na tył domku, tam gdzie znajdował się mały ogródek gospodyni ze swoją soczystą zielenią i bujnością kolorów kwiatów. Bronisława całe serce włożyła w to, by przypominał on choćby skrawek raju... I tak właśnie było.
Obie nieco smutne, usiadły na ławeczce stojącej pod niewielką jabłonią. I trzymając się wciąż za ręce, niemal na komendę powiedziały szeptem.

– Odjechał... – I ponownie zapadła cisza.
Jedynie liczne ptactwo nadal odśpiewywało swoje nocne kołysanki, a wiatr miękko i bardzo ostrożnie kołysał liście drzew, które swoim szelestem przypominały raczej westchnienie. A może to wyobraźnia kobiet tak działała?

Dopijając sok i delektując się urokami zapadającej nocy, wciąż, niczym zaklęte, siedziały pod jabłonią. A noc zataczała coraz większe kręgi, spływając na ogród z coraz to większą ciemnością.
Nawet przydomowy lampion dał za wygraną i powoli przygasał. Panie więc powoli wstały i zabierając ze sobą puste już szklanki, udały się do domku.
Tak, wtulone w biel swoich łóżek, pogrążyły się we śnie i we własnych wspomnieniach.
* * *
Te ostatnie dni lipca były dla Kingi bardzo podobne do siebie. Rano korzystała z plaży, a popołudnie spędzała w miasteczku. Czasem też wracała na jeszcze zapełnioną wypoczywającymi
turystami plażę, ale najczęściej jednak spieszyła do domku pani broni, by wraz z nią spędzić miło, na rozmowie, wspomnieniach, czas, który pozostał jej do odjazdu. Ten zaś zbliżał się nieubłaganie. A gdy nadszedł, nie było końca ciepłym słowom... deklaracji płynących z ust obu pań, że jeszcze się spotkają, że będą utrzymywać ze sobą kontakt, choćby telefoniczny, aż do następnych wakacji. Obie były pewne swoich słów i zamiarów. A czas pokazał, że ta znajomość zawarta w pewien wakacyjny dzień, gdy po raz pierwszy się spotkały, przerodziła się w piękną, pełną pozytywnych emocji znajomość, która przetrwa niejedno.
Uścisnęły się na pożegnanie i tak trwały przez chwilę. Przytulone do siebie, dyskretnie ocierały łzy, które zazwyczaj pojawiają się u ludzi rozstających się na dość długo, a którym jednak
towarzyszy nadzieja rychłego spotkania.

– Do zobaczenia pani Broniu – rzekła Kinga wsiadając już do swojego samochodu.

– Do zobaczenia kochanie – odrzekła starsza kobieta, nie siląc się już na ukrywanie łez.

Ocierała oczy rąbkiem swojego fartuszka, po którym w nierównych odstępach, niejako piął się wzór bluszczu, a gdzieniegdzie widać było czerwone kwiaty. Stała dość długą chwilę, machając ręką na pożegnanie. Stała tak do momentu, w którym samochód dziewczyny zniknął całkowicie za
zakrętem. Powolnym krokiem udała się później do swojego domu. Jeszcze nigdy nie był tak pusty i samotny. Gościła już przecież wielu letników, których też obdarzała sympatią i z którymi bywało, że dość długo utrzymywała kontakt, ale z nikim nie dane jej było stworzyć takiej nici sympatii, zrozumienia i ciepła, jaką udało się z tą pełną życia, radości i serdeczności dziewczyną i jej chłopakiem. Czuła znów tę nawracającą w takich okolicznościach nutę... nutę osamotnienia i pustki. To uczucie zaczęło jej towarzyszyć od tej chwili, gdy zmarł jej mąż. Jego serce nagle przestało bić. I od tego czasu nie potrafiła odczuwać niczego innego, jak tylko narastający z czasem żal, później otępienie, by na końcu przejść do złości. Oscylowała wśród tak wielu odmiennych emocji, że bywały chwile, w których zdając sobie z tego faktu sprawę, czuła niemal przerażenie. Te emocje, ta niestabilność, opuściły ją tak naprawdę dopiero rok temu. Czy pogodziła się z faktem śmierci męża? Niekoniecznie. zrozumiała jedynie, że nic nie może na to poradzić. zawał był tak rozległy, że nawet ratunek, który nadszedł szybko nie dawał nadziei... nadziei na życie...
Została sama z tym, co każdego dnia wnosi samotność bytu.
Minęły trzy lata od chwili, w której została zmuszona przez los, by po raz ostatni pożegnać swojego męża. Człowieka, który wraz z nią, z dużym trudem wybudował ten mały przytulny
domek, i wraz z nią dochował się dwóch wspaniałych synów, i z którym spędziła prawie 36 lat.
Dziś synowie wraz ze swoimi żonami rozrzuceni byli, jak się to mawia, po świecie. Adam na stałe zamieszkał w Anglii, a Karol wybrał Irlandię. Z 15-letnim wnukiem Michałem, synem Adama, starszego z jej synów, miała najczęściej tylko kontakt telefoniczny. Dzwonił na Dzień babci i inne okazje. A synowie? Karol i Adam? Też kilkanaście razy w roku wykonywali połączenia, by móc z nią porozmawiać.
Niestety przyjeżdżali rzadko, wciąż zajęci i wciąż na dorobku. Dlatego też nie dziwiło to Bronisławę, że Karol i jego młodsza o 7 lat żona, nie spieszą się do tego, by mieć potomstwo. Z jednej strony Bronisława nie mogła już doczekać się następnego wnuka, a z drugiej strony rozumiała syna i synową. Domyślała się, że życie na obczyźnie nie należy do najłatwiejszych. I to
było wszystko, co jej zostało... Telefony, czasem listy.
Dlatego to ciepło i olbrzymia serdeczność płynąca od tej dwójki młodych ludzi sprawiły, że stali się jej tak autentycznie bliscy... I już za nimi tęskniła. Zapadła noc i to ona skwapliwie ukryła
łzy płynące z oczu starszej i bardzo samotnej kobiety, a kiedy nadszedł sen, jej dłonie kurczowo trzymały fotografię, a ciemność panująca w pokoju, skrzętnie ukryła twarze tych, co na niej trwali, wciąż zamknięci w tej jednej magicznej chwili, w której fotograf nacisnął przycisk aparatu.

DECYZJA
Zbliżał się koniec pięknego i upalnego lipca. Prognozy na sierpień były równie obiecujące, ale już tym razem meteorolodzy zapowiadali okresowe, silne burze i gwałtowne deszcze pod koniec miesiąca. Kinga właśnie sprzątała swoje małe mieszkanie – kawalerkę, którą otrzymała od swojej kochanej babci, ponieważ ta postanowiła zamieszkać wraz ze swoją chorą siostrą Zofią, daleko na południu kraju. Rozalia, kiedy ofiarowała mieszkanie swojej jedynej, uwielbianej wnuczce Kindze, powiedziała na pożegnanie.

– Obyś moje słoneczko, była szczęśliwa w tym małym gniazdku, jak ja byłam – ucałowała dziewczynę i głaszcząc ją po policzku, dodała – pamiętaj tylko o moich kwiatach, one dają temu mieszkaniu bardzo pozytywny mikroklimat.

I posyłając całusa tuż przed wyjściem, uśmiechnęła się tak, jak tylko ona to czyniła... Całą sobą. Śmiały się jej oczy, usta i odnosiło się wrażenie, że całe ciało nie pozostawało obojętne na ten gest. Tak więc Kinga obdarowana jednopokojowym mieszkankiem, rozlicznymi kwiatami, rozpoczęła życie samodzielne i odpowiedzialne. Po skończeniu studiów pedagogicznych zaczęła pracę z dziećmi specjalnej troski w jednej ze szkół swojego miasta. Tam też dane było jej poznać Krzysztofa, ten jednak po roku ich wspólnej pracy, przeniósł się do prywatnej firmy, ponieważ jak stwierdził, z pensji nauczyciela nie da się wyżyć. Być może też, po prawie pięciu latach pracy z dziećmi wymagającymi ciągłej uwagi i troski, nie wytrzymał tej presji i odpowiedzialności. Ale ich drogi wciąż się krzyżowały i Kinga miała wrażenie, że to on zabiegał o to, by pozornie
niezaplanowane spotkania odbywały się wystarczająco często i regularnie, i aby ich stosunki coraz bardziej się zacieśniały. Do momentu kiedy to, niemal dwa lata temu, zaproponował jej spotkanie w innych niż dotychczas okolicznościach, a przede wszystkim w innym miejscu. Ich pierwsza randka była udana i niezapomniana. Nie tylko piękna restauracja, wykwintna
kolacja, ale spacer i rozmowa ukazały Kindze prawdziwe oblicze wrażliwego i dobrego Krzysztofa. Od tamtej chwili stanowili nierozłączną parę i mimo, że każde z nich mieszkało osobno, to bardzo często się zdarzało, że wszystkie popołudnia i wieczory należały tylko do nich. A każdy wolny dzień przeznaczali na krótki wypad za miasto. Ponieważ oboje uważali, że tylko wypoczynek na łonie natury, choćby to miała być niedługa przejażdżka rowerowa, czy wspinanie się po górskich, niezbyt trudnych ścieżkach, jest znacznie lepsze, niż błądzenie po zatłoczonych alejkach parku w ich mieście. I niepostrzeżenie dla nich samych, minęły już bez mała dwa lata. W głowie Krzysztofa
rodził się powoli plan ich wspólnego życia, bał się tylko reakcji Kingi. Bo ta decyzja oznaczałaby z pewnością dość duże zmiany w ich, a przede wszystkim jej, życiu. Ale na razie postanowił nic nie mówić, chciał by nadeszła odpowiednia chwila na tą poważną
rozmowę. Zaplanował, że to będzie ich druga rocznica, a do niej zostały jeszcze dwa miesiące. Koniec sierpnia znów zadziwiał swoim pięknem. Po paru niezbyt udanych dniach pełnych
deszczu, zapanowała ciepła i słoneczna pogoda. Wiatr był łagodny i miękki. Deszcz tym razem już z rzadka spadał z szarobłękitnego nieba i miał tą zaletę, że był ciepły i krótkotrwały. Kinga
kończyła mycie okien, kiedy rozległ się dzwonek, który zdawać by się mogło szczelnie wypełnił każdy zakamarek mieszkania. – Muszę coś zrobić z tym dzwonkiem – pomyślała dziewczyna
zeskakując z taboretu. – Ten dźwięk mnie po prostu wykańcza, nazbyt ostry, przenikliwy – mówiła do samej siebie, jakby chcąc nadać rangę owym stwierdzeniom i jednocześnie dochodząc do drzwi wciąż gestykulowała nerwowo, oddając w ten sposób stan swojego ducha.

– Kto, tam? – spytała niecierpliwie.

– Hipcio – usłyszała rozbawiony głos Krzysztofa.

Szybko odsunęła zasuwkę i z wielką radością, która jak zwykle z niej emanowała, gdy go widziała, rzuciła się w objęcia przystojniaka stojącego jeszcze przed drzwiami jej mieszkania. Całe nerwy na ten dzwonek, który niczym śruba jeszcze przed chwilą wwiercał się w jej umysł, opuściły ją w mgnieniu oka.

– Wejdź, wejdź – powtarzała, a po chwili, gdy również zdołała uwolnić się z jego uścisków, pociągnęła go za rękę w głąb mieszkania. Krzysztof za każdym razem odwzajemniał jej gesty czułości przy każdym powitaniu i oczywiście, nie tylko.... Wszedł i raz jeszcze, będąc w progu, ucałował jej usta. – Nigdy nie mam
dość – pomyślał i uśmiechnął się sam do siebie.

– Cóż cię tak bawi? – spytała Kinga, zamykając drzwi wejściowe. Patrzyła na wchodzącego i wciąż uśmiechniętego Krzysztofa, który już zdążył lekko pchnąć drzwi do pokoju. I po sekundzie,
zdecydowanym krokiem wchodził w głąb małego, ale z gustem urządzonego, pomieszczenia. Jak łatwo przewidzieć, królowały w nim przede wszystkim kwiaty, niby to w chaosie poustawiane na
półkach, czy wiszące na ścianach, bądź też zwyczajnie, będące na stojaczkach mieszczących się tuż przy oknie, wypełniały jednak niemal całą przestrzeń, nie tylko pokoju, ale i małego, skądinąd,
mieszkania. Mimo to tworzyły harmonię ze słonecznym kolorem ścian i miękką puszystą tapicerką w kolorze miodu. Niewielkie komody w odcieniu słabej herbaty stały dyskretne, ciche, pod ścianą, zamykając przestrzeń pokoju. A Krzysztof zaraz po wejściu do małego królestwa Kingi, usiadł na jednym z fotelików wygodnie się usadawiając i zwracając się w kierunku wchodzącej już do pokoju dziewczyny, powiedział.

– Uśmiecham się Kruszynko do swoich myśl.

– To muszą być one niezłe, a wręcz wyjątkowe – odparła i po chwili dodała.

– Skoro na twojej twarzy maluje się ten, wręcz błogi uśmieszek, myślę, że nie są one z tych tak zwanych grzecznych.
Mówiła to mając zamiar usiąść już obok Krzyśka, niemniej jednak, jeszcze przez chwilę kokieteryjnie zwlekała, patrząc i uśmiechając się zaczepnie do mężczyzny.

– Ależ kochanie, ja tylko wciąż marzę i pragnę, czy to złe? – odparł, a w tonie jego głosu nie było słychać tak naprawdę pytania, lecz raczej brzmiało to jak stwierdzenie faktu.
– Chodź tu do mnie – powiedział i jednocześnie wyciągnął ręce w kierunku dziewczyny. Ta, nie czekając na dalsze prośby, zwinnym ruchem, prawie kocim, znalazła się na jego kolanach.
Przytulona do mężczyzny, ubranego w ciemnogranatową koszulę, niemal odruchowo pociągnęła nosem.
– A cóż robisz? Wąchasz mnie? – zaśmiał się ponownie Krzysztof i nie dowierzając, lekko odsunął dziewczynę od siebie.
– T a a k – powiedziała przeciągłym głosem.
– Pachniesz szałowo, męsko – dodała Kinga i już po chwili, niczym niezrażona, ponownie wtulała się w jego ramiona. Krzysiek tym razem objął ją z taką samą czułością, co i stanowczością, jak przedtem, i właściwie można powiedzieć, jak zawsze. Przez chwilę pozostawali w uścisku delikatnie głaszcząc się nawzajem, on dotykał czule pleców dziewczyny, ona miękkim, delikatnym ruchem dłoni głaskała go po włosach.
– Krzysiu... przecież... – zawołała nagle – ugotowałam twoją ulubioną zupę... pomidorową...– w jej głosie brzmiał triumf z powodu dobrze wypełnionego zadania.
– Ooo, to super – odparł – idziemy więc do kuchni – dodał.
Oboje wstali i po paru krokach znaleźli się w małej ale równie gustownie urządzonej kuchni. Większość szafek znajdowała się na ścianach, wiszące – w kolorze pomarańczy – łagodnie
komponowały się ze ścianą w kolorze groszku. Przeciwległa ściana była jasnobeżowa, a tuż przy niej, obok lodówki stojącej pod oknem, stał okrągły stolik, a na nim już przygotowane talerze. Od pozostałej części mieszkalnej kuchnię dzieliły tylko wahadłowe drzwi. Kinga nalała im obojgu pełne, wręcz czubate porcje, które ledwo utrzymywały się w talerzu i zasiedli do posiłku. Pozostawali wciąż w dobrych humorach i przy smacznej, jeszcze wystarczająco ciepłej zupie rozmawiali praktycznie o wszystkim... nawet, jak zauważył Krzysztof... o pracy, a uważał, że ten temat należy do niemiłych i w zasadzie nie lubił rozmawiać o niej, ale dziś niemal spontanicznie uczynił wyjątek ponieważ to Kinga miała mu sporo do opowiedzenia, a jej mógłby słuchać zawsze i bez przerwy...
* * *
Nastał wieczór, za oknem księżyc rozpoczął swoją wędrówkę po granatowym niebie, jego wierne towarzyszki, gwiazdy, łagodnie świeciły dodając uroku zbliżającej się nocy. Światła w
oknach bloków gasły niczym świetliki, by za chwilę w innym miejscu rozbłysnąć żółtym kolorem. Ludzie za tymi szklanymi ścianami okien i płytami z betonu kończyli swój dzień, niejednokrotnie ciężkiej i wytężonej pracy.
Po ulicach przemykali spieszno ci, którzy z różnych powodów musieli jeszcze przemieszczać się po opustoszałych drogach, jadąc samochodem, bądź wracając pieszo. Oni zmierzali w tylko
sobie wiadomym kierunku, a postronnemu obserwatorowi nie pozostało nic innego, jak tylko patrzeć i próbować ewentualnie się domyślać, gdzie tak spieszą się owi ludzie. Kinga i Krzysztof
siedzieli w pokoju wciąż rozmawiając. I mimo późnej pory, mężczyzna wcale nie spieszył się do swojego mieszkania. Ponieważ właśnie dziś zaplanował wstępną rozmowę z Kingą na temat ich wspólnego, nie tylko zamieszkania pod jednym dachem, ale i bycia ze sobą, może już jako
małżeństwa. Chciał sprawdzić grunt, poznać myśli kobiety, której za dwa dni w drugą rocznicę trwania ich znajomości, pragnął zaproponować stały związek. Bał się odmowy, ponieważ wiedział, że niemal wywróci się do góry nogami nie tylko jego
życie, ale przede wszystkim Kingi. Dlatego w jak najbardziej bezpieczny i asekuracyjny sposób prowadził z nią rozmowę.
– Ale jakbyśmy zaplanowali wspólnie zamieszkać, Kruszynko? – nie czekając na odpowiedź, której się bał, kontynuował. – To twoje mieszkanko można by wynająć, myślę, że nie byłby to zły
pomysł, prawda? – spytał niepewnie i już po sekundzie dodał znów pośpiesznie.

– Ba, nawet miałabyś znacznie bliżej do pracy, a ponad to, czy nie myślałaś o tym, by zrealizować w końcu swoje marzenie o większym mieszkaniu?

– Ja ci to jestem w stanie zapewnić – powiedział na samym końcu i uśmiechając się tajemniczo, wyczekująco popatrzył na dziewczynę.

– No tak – przeciągle odpowiedziała Kinga – to prawda, że bliżej miałabym do pracy i fajnie by było mieć cię cały czas przy sobie... nie musielibyśmy już podporządkowywać innych sytuacji
życiowych by móc się ze sobą spotkać... – i po czułym i pełnym miłości geście, gładząc dłoń Krzysztofa dodała.

– Byłoby to naprawdę miłe, ale wiesz – zadumała się na chwilę – nie wiem, czy takie życie non stop razem, wspólna odpowiedzialność, rachunki, tak zwana zwykła proza życia, nie zniszczy w nas tego, co tak kruche i... – nie dokończyła od razu, lecz po krótkiej chwili, jakby nieco smutniej, dodała, biorąc przy tym większy oddech.

– Boję się, że nie udźwigniemy tego, co może dostarczyć nam los, sam wiesz jak wielu z naszych znajomych po podjęciu podobnych decyzji rozstało się znacznie szybciej, niż ktokolwiek
mógłby przewidzieć.

– Tak, wiem – odparł – ale nie ma pośpiechu, przecież to tylko propozycja do rozważenia, a nie fakt, do którego cię zobligowałem – przy tych słowach Krzysiek łagodnym gestem ręki zatoczył łuk w powietrzu, chcąc jakby w ten sposób wyrazić i ukazać ogrom przestrzeni, który ofiaruje dziewczynie. Niczego bardziej nie pragnął niż tego, by czuła się przy nim bezpieczna i wolna, a jednocześnie by oboje stanowili jedność. Wiedział jednak, że trzeba będzie wiele wysiłku, mądrych słów i decyzji, by ich związek przetrwał lata. I on czasem głęboko się nad tym zastanawiał, czy dojrzał do tak wielkiego i odpowiedzialnego zadania, jakim jest małżeństwo. Miał ponad 30 lat, a czasem czuł się jeszcze jak chłopak z podwórka grający w piłkę, którego to zaraz mama będzie wołać na obiad. Nie mniej jednak pragnął stabilizacji i pragnął mieć u swego boku tylko tę jedną, jedyną, kobietę, która niespełna trzy lata wcześniej pojawiła się w szkole, gdzie pracował i to praktycznie od samego początku, czyli od chwili, kiedy ukończył studia.
Pamięta, jak po raz pierwszy weszła do pokoju nauczycielskiego – niczym mała dziewczynka dokonała własnej prezentacji, w jej ruchach, gestach, brakowało tylko sławnego dygnięcia zaraz po
wejściu. Niepewna, nieśmiała, a jednak urocza i z ciepłym uśmiechem na twarzy. I to pierwsze wrażenie zadecydowało, że jego zainteresowanie Kingą przerodziło się z czasem w ogromną
sympatię, potem w przyjaźń, by później na tym gruncie mogła zrodzić się miłość.

– Krzysiu, to naprawdę poważna decyzja – kontynuowała Kinga, jakby nie zważając na chwilową ciszę, która zapadła, a może właśnie ona spowodowała, że zapragnęła ją przerwać.
Niezależnie od powodów, mówiła to, co naprawdę myślała. Niczego bardziej, wydawać by się mogło, nie pragnęła, niż tego by być z nim na zawsze, ale obawy, całkiem słuszne, były nazbyt
wyraziste. Ponieważ rozumiała, że taką decyzję należy podjąć po rozważeniu wszystkich opcji. Nie chodziło jej tu o to, czy jej uczucie jest na tyle mocne i prawdziwe by przetrwało próbę czasu, była siebie pewna, ba, była pewna uczuć Krzysztofa i pozornie zdawać by się mogło, że jeśli między nimi jest tak silne uczucie i pragnienie bycia ze sobą, to nic nie powinno stać temu na przeszkodzie. Ale gdzieś w głębi serca, a może umysłu, miała wątpliwości. I bała się też jeszcze czegoś zupełnie innego. Miała niestety bardzo smutne, przykre, doświadczenia z własnego życia, a raczej z życia jej rodziców. Od lat pozostawali w separacji, podobnie zresztą jak i jej babcia. Niestety żadnej z nich
ani mamie, ani babci, nie udało się wytrwać w związkach małżeńskich i to nie z winy kobiet, może nawet nie do końca z winy jej taty, czy dziadka, po prostu, jak mawiała mama Kingi „życie nas przerosło, córeczko”. Kiedy wymawiała te słowa, zawsze spuszczała głowę, jakby czuła się mimo wszystko winna zaistniałej sytuacji. Tato Kingi, Jerzy, wyjechał za granicę do pracy, kontrakt z firmą motoryzacyjną otworzył przed nim nowe, ciekawe perspektywy i jak się okazało, nie tylko zawodowe. Związał się tam z jakąś samotną kobietą, która na pewno miała mu więcej do zaoferowania, niż jej mama, pielęgniarka. A z kolei babcia Rozalia – no cóż, została sama, ponieważ tak naprawdę to ona dokonała tego wyboru. Dziadek, choć wspaniały, ujmujący człowiek wykazywał nazbyt duże zainteresowanie alkoholem i to zadecydowało o losach ich małżeństwa.
Kiedy po kolejnej kłótni, przehulanej wypłacie, babcia powiedziała – „dość” – dziadek Stefan, wcale się nie zdziwił i posłusznie, co było wręcz dziwne, wyjechał na północ kraju, by tam
zatrudnić się w jednej ze stoczni. Obaj mężczyźni adekwatnie do czasów i sytuacji utrzymywali kontakt z żonami, ale z
czasem, kiedy dzieci rosły i usamodzielniały się, przekazy pieniężne jak i kontakt, stawały się coraz rzadsze, aż w końcu nawet kontakt listowny, czy telefoniczny zamarł. I nikt już nie znał dalszych losów dziadka Stefana, ani przez wiele lat, ojca Kingi. Tak więc najpierw mama Kingi, a potem, po
latach i ona sama, rosły i wychowywały się bez ojca. Kinga miała nieodparte wrażenie, że niemal kopiuje życiorys własnej mamy, tak jak ona wcześniej skopiowała życiorys babci Rozalii. Dlatego
było w niej tyle obaw, wręcz panicznego lęku, że i jej związek, gdy zapadnie decyzja i padną słowa „na dobre i na złe” po jakimś czasie rozpadnie się, pryśnie niczym bańka mydlana. Nie chciała, by i w jej przypadku, tak jak nie raz mówiła mama, „klątwa”, stała się i jej udziałem. Miała wrażenie, że jeśli ona i Krzysztof będą parą i tylko parą, nic złego im się nie przytrafi.
Żaden złośliwy chochlik nie wkradnie się do ich życia.
Po dość długiej i krępującej ciszy, mężczyzna pierwszy postanowił ją przerwać.

– Dobrze Kruszynko – powiedział – może kiedy indziej porozmawiamy na ten temat, a teraz choć przytul się do mnie.
Mówiąc to wstał i zbliżył się do dziewczyny, ta również podniosła się z fotela i wtuliła się w wyciągnięte w jej kierunku ramiona. Chwilę tak stali z lekka kołysząc się, jakby chcieli wzajemnie
się utulić i pocieszyć, a po krótkiej chwili dłonie Krzysztofa w delikatnym płynnym ruchu zaczęły wędrówkę, najpierw po plecach dziewczyny, potem kierując się ku górze jej ciała, objęły w końcu twarz Kingi, po czym jego usta dotknęły miękko jej ust, na których po sekundzie, złożył gorący i pełen miłości pocałunek. Dziewczyna odwzajemniała każdy gest, dotyk. Nie pozostawała obojętna na nic, jej ciało zaczęło własny taniec, w takt bezgłośnej melodii, jaką obdarowywał ją Krzysztof. To jego dłonie i ich ruchy nadawały tempa. Po chwili ta dynamiczność, to pragnienie zamieniło się w łagodność, wręcz było to tylko subtelne muskanie opuszkami palców ciała Kingi, które nie wiedzieć kiedy zostało pozbawione sukienki na ramiączkach. A i Krzysztof po paru chwilach, tylu chwilach, ile zajmują dwa westchnienia, również stał przed nią nagi, pełen męskości i pożądania.
Oboje wtuleni w siebie, spragnieni, osunęli się na jasnobeżowy dywan, miękki i przyjazny nie tylko dla ich stóp, ale przede wszystkim, w tej chwili, dla ich ciał.
Taniec, w którym się zatopili bez reszty, trwał, a ich serca śpiewały pieśń o miłości.

DO NABYCIA

 http://www.mareno.pl/888,0,all-Marta+GrzebuB3a-view-cat.html?sort_order=4
lub e-book
 http://www.rw2010.pl/go.live.php/PL-H6/przegladaj/SMTcx/dotykajac-nieba.html?title=DotykajC485c20nieba






Report this item

 


Terms of use | Privacy policy

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1