Poetry

Pi.


older other poems newer

25 january 2011

szwabski rower

tu na tym polu, my najpierw kopali osierocone kartofle,
potem w te same dziury upychali niewybuchy po szkopach.
palec krąży od samotnej brzozy aż po himalaje kompostu.

no gdzieś tu chyba. ziemia pluje. co roku wydala z siebie
rude żelastwo. Heniek od Maliców cieszy się, że tylko nogę
stracił i że ziemia go z miłości do samogonu wyleczyła

tak tanio. teraz już tylko korki wącha od święta i przepycha
słabość chlebem przez wzruszone gardło. dziadek Franciszek
ślini kopiowy ołówek i kreśli na kopercie labirynt Schatzkarte.

tam musi gdzieś być ten rower, cośmy go przed ruskami
na lepszą godzinę zagrzebali po nocy. śni się, że krety na nim
wciąż jeżdżą, albo trup starego esesmana wywleczony widłami

z bunkrzaka i dla chichrów posadzony na siodełko. trzecie
okrążenie po kartoflisku jak polny etap wyścigu Stalingrad-Berlin,
ale na pieszo, więc się nie liczy. według dziadkowego na oko

- to beńdzie hetta a nie wiśta. mnie już wsio ryba. bardziej
nie w ten rower wierzę, lecz w lodowatość, która szparami
z udeptanej blizny owija mnie wkoło stóp. coś zamarza w tle.






Report this item

 


Terms of use | Privacy policy

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1