Proza

Florian Konrad


dodane wcześniej pozostała proza dodane później

23 lutego 2017

Hejtpitafium (cz. IV)

W tej wieczności trwającej tyle, co wypicie browarka, w prostackiej, wieczornej magii, mój umysł dzieli się, klonuje na wiele szalonych, wybujałych wariantów. Myśli z karbidu i benzyny, wspomnienia z nieistniejących wycieczek do dawno upadłych państw, wszystkie rodzaje kar śmierci, na które zostałem skazany. Im bardziej się zalewam, tym więcej umiem odczytać. Choćby- nieziszczalną przyszłość, imię mojego syna. Mojego i Magdy. Konrad urodziłby się dziewiętnastego lutego. I żył sześć lat. I tak jeszcze dwukrotnie. Sześć, sześć, sześć, celebrowanie upadku świata istniejącego poza wyszynkiem. Satanistyczne dzieciobójstwo. 
Knajpa płonie, szkielety trunkowców rozsypują się. Gasną wszystkie warianty życia. 
Spustynniałem. Krokiem mocno marynarskim wytaczam się z gospody. Wieczór jak papier ścierny, niebo porastają kaktusy.
Suchość w gardle niezaleczona browcem. Pod siedzeniem ratunek- parę ostatnich łyków żytniówy. 
Ciskam pustą butelką w krzaki i gramolę się do auta. Ledwie sobie przypominam, że stacyjka jest po lewej stronie kierownicy. 
Co jak co, ale jeździć na haju po prostu kocham. W człowieku budzi się rajdowiec. Ładzina zmienia się w bolid Formuły 1. Brawura na maksa. Nawet hulajnogą popierniczałbym dużo ostrzej, agresywniej, niż na trzeźwo. Gdybym tylko był w posiadaniu takiego wehikułu jak hulajnoga.
Śmiem twierdzić, ze do każdego nowo wydanego prawa jazdy powinni dodawać młodym adeptom automobilizmu flaszkę czegoś dobrego, na przykład Soplicy. Tak na zachętę. Pierwszy rok od uzyskania uprawnień- możesz jeździć nawalony ile wlezie, nawet mandatu nie dostaniesz.
Wyszum się, wyszalej, młodość ma swoje prawa. 
 
VI.
W poranku jest ostrze. Coś dzikiego, przecinającego gały jak w ,,Psie andaluzyjskim". Słońce przewróciło się na plecy i sunie po skosie za horyzont. Rypi przy tym okropnie. Krew mi w głowie zastygła. Jeden wielki żywiczny skrzep.
Wiszę w pozycji przepitego nietoperza. Otwieram pysk, z gardła wylatuje ciche  ,,eeeeehhhh". Echolokację mam schrzanioną, bo nie pomaga mi to zorientować się, gdzie jestem. Przydałoby się przejrzeć na o... aua!
Boli od samego myślenia o tym. Rozlepiam dłonią jedna z ,,poduszek". Jedyne co widzę, to porysowane lodowisko. Nie, zaraz, to rozbita szklanka. Czemu mi tak niewygodnie? Chryste nieistniejący! Wiszę na drzwiach, a kierownica wbija się w zadek. Na twarzy plackiem leży stłuczona szyba.
Kontrola systemów: ręce-okej, nogi- też mogę poruszyć. Znaczy- kręgosłup nie złamany. To najważniejsze, wszystko inne idzie poskładać do kupy. Jak wstać? O jeeezzzz... Opuchlizna ogólnoustrojowa, człowiek-kaszanka przejechany walcem i posolony. Człowiek- salceson rozdziobywany przez blaszane krogulce. No to podjechałem, w mordę...
Wyraczkowuję z wraku wprost w kałużę. Już po ładzie. Na dachu leży samochodowy naleśnik. Zsunął się ze skarpy i koziołkował licho wie ile razy.
W brunatnej tafli odbija się półzgięty australopitek. Tak mógłby wyglądać mój przodek świeżo zlazły z drzewa w epoce kamienia łupanego, gdyby nie drobny szczegół- to ja sam. I łupnąłem nie jeden raz- w deskę rozdzielczą, kierownicę.
Wschodząca, czerwona kula oświetla moje potargane włosy. Sprawiam wrażenie, jakby ktoś mi zwymiotował na głowę jajecznicą z pomidorami. Ohyda. 
Cielęcym wzrokiem rozglądam się po okolicy. Mgła, krakanie, kałuże na polach. Przygnębiający, depresjogenny widok. W pamiętnisiu napiszę o tym wiersz. Lepiej- poemat!
Nie czuję zajebistej rześkości powietrza, jaka musi panować. Niczego nie czuję, poza pragnieniem i smrodem wyciekłej wachy.
Z pioniera skrzeczy Maryla Rodowicz. Szkoda, że znowu nie Behexen, byłby adekwatny do mojego obecnego stanu. Rozpacz, ból i zgrzytanie (na szczęście nie wybitych) zębów. Nic, tylko siąść w bajorku i wznosić modły do szatana. Wyglądam jak nie- człowiek, więc może zlitowałby się i przygarnął smutnego diabła.
Portfel- jest, komórka także. Kto miałby mnie skroić na tym zadupiu? Wokoło żywej duszy, nie licząc saren, wron i zajęcy.
Teraz najtrudniejsze- wygramolić się na drogę. Ludzie... chyba mam pęknięte żebra... Biorę oddech, zaciskam zęby. Pełznę sapiąc jak borsuk. Gad, jakiego świat nie widział, baran z Komodo, alkoholowo- błotnista forma życia. Samobieżny glut. Zostałem srogo ukarany za plecenie farmazonów o zbawiennym wpływie nałogu. Mam za swoje, zasłużyłem na każdy siniak.
Wreszcie jestem na powierzchni, powyżej poziomu grzęzawiska. Ledwie mogę się rozprostować, postawa a'la Quasimodo. Wykręcam sweter ze szlamu. No to teraz- w prawo, czy w lewo? Jechałem chyba stamtąd, ale nie mam pewności, mogło mnie obrócić.
Co za różnica, gdy nawet nie wiem, co to za miejscowość? Idę przed siebie. Będzie co będzie. 
Matiz! Srebrna purchawa! W życiu tak nie ucieszyłem się z widoku jakiegokolwiek samochodu. Wystawiam obolałą łapę. 
Zatrzymuje się. W środku siedzi typowy matiziarz- wąsaty kapelusznik. 
-A cosz stałoś'?
-Panie! Na pomoc. Dzień dobry. Wypadek miałem!
-Ale ja pana nie podwiozę, cało tapicerke mnie pan zapierdolisz- warczy pokazując wolne, obciągnięte supermarketowymi pokrowcami siedzenia.
-Zara pekaes będzie do Armalnowic, może on zabierze.  
Mowę mi odejmuje. Jestem jaki jestem, za kołnierz nie wylewam, ale w takiej sytuacji okazałbym się po prostu człowiekiem. Większość ludzi, każdy, kogo znam, nawet największe moczymordy- tak samo.
Odwracam się od buraka z bezsilną złością. Przeklinam w duchu wielbiciela akcesoriów samochodowych marki ,,wyprodukowano dla Lidla". Niech cię sto...wiadomo. Zapłaciłbym ci za pranie wszystkiego, co zostałoby uwalane, nieużyty sukinsynu! 
Ale choć dowiedziałem się, gdzie jestem. 
Siadam po turecku, uważając na obite uda i dupsko, zapalam papierosa. Cud, że nie zamokły. Często trzymam fajki w kieszeni koszuli, pod swetrem. Przyzwyczajenie z liceum, gdy wychowawczyni robiła rewizje osobiste. Po torsie jakoś nie macała.
Plując na dłoń, kocim sposobem, próbuję oczyścić twarz z błocka i krwi. Nie mija kwadrans, jak zza zakrętu wytacza się ,,ha dziewiątka".
-Uradowani! - chce mi się wrzasnąć, jak bohaterom ,,Seksmisji".
Autobus staje. Każdy krok po schodkach jest jak uderzenie kafarem w zgruchotane ziobra.
Kierowca patrzy jak na wariata.
-Armalnowice- mówię 
-To pański samochód, tam, do góry kołami? 
-Niestety- odbieram bilet, płacę.
-Sarenka wyskoczyła przed maskę. Myślałem, że zginę... Zdążyłem tylko krzyknąć ,,Panienko Przenajświętsza"...
Autobusiarz nie kontynuuje rozmowy. Jego mina mówi ,,znam te wasze sarenki, pijacy cholerni". 



Staruszka w chustce siedzi z przodu, jakiś grubas w środku. Mam szczęście, że nie zawiesili tego kursu na okres wakacyjny. 
Błoto musi capić okrutnie, więc idę na tył. Czuję się jak trędowaty. 
Kurde, nie zabrałem lewarka i linki, o radiu- sataniście teistycznym nie wspominając. Okoliczna wieśniarnia może ukraść. Kij im w ryj, mała strata. 

Zawsze zastanawiałem się, czemu w mojej rodzinnej miejscowości, jak za króla Ćwieczka, nie ma ani grama asfaltu. W całej gminie nie słyszano o takim wynalazku. Równiarki i pługi śnieżne również nie są z tej bajki.
Ziemie przeklęte? Czemu ludzie są skazani na zaspy, zawieje, wertepy? ,,Małą gęstość zaludnienia, nie opłaca się"- wiecznie słyszeli utyskujący u wójta. Dobrze, że za komuny dotarła tu elektryfikacja, bo do tej pory trzeba by siedzieć z przy świeczuszkach. Katastrofalne zarządzanie, indolencja, jakby wszyscy zapadli w otumaniający pół-letarg. Nic nikomu się nie chce, nic nie wychodzi. Prócz picia, melanże w hempalińskiej gospodzie i za sklepem udają się świetnie. 
Ale jakoś mi... jaśniej. Im bliżej dawnego domu, tym większe przyciąganie. Wewnętrzna, zanurzona w spirytusie igła drży. Kompas trunkowo-solarny. 
Wysiadam przed remizą. W obejściach nic się nie zmieniło. Ani jednego plastikowego okna, nowego dachu, czy ogrodzenia. Przespano możliwość otrzymania dopłat unijnych. Zły czarodziej zatrzymał czas. Żyje się tu niezauważalnie, jakby na przekór. Niczym robaki w mumii. Gryziemy trociny, wlewamy w gardła wapno  żołądkowe gorzkie. 
Mówię ,,my", gdyż nigdy duchowo stąd nie wyjechałem. Armalnowice były i są punktem odniesienie. Często o nich myślę, przeważnie negatywnie, stawiam za przykład dziury zabitej dechami, zadupia.
Idę do (oczywiście spożywczo-przemysłowego) sklepu. Kaliszewska za ladą najpierw robi na mój widok oczy jak pięć złotych, potem nie wytrzymuje i prycha śmiechem. No tak, sytuacja bez precedensu: rzadko zdarza się, by ktoś z miasta pojawiał się tu z powrotem, tym bardziej- uświniony jak nieboskie stworzenie. 
Syn marnotrawny, przehulawszy wszystko, w zgrzebnej koszuli powrócił, by paść do stóp rodzinnej wsi. 
Udaję, że nie zauważam jej durnego grymasu, kupuję dwa piwa i butelkę mineralnej. 
Popijając tyskie z krwią (rozwalona warga!) wychodzę za budę i przemywam się. Drugi chrzest, zmazujący pierworodny grzech pijaństwa. 
Przy chałupie jest studnia, ale tyle lat nikt nie czerpał z niej wody, więc może być zasyfiała. Mam do przejścia jeszcze pół kilometra, przez cała wiochę, a nie chcę dłużej wyglądać jak czupiradło.
 Szkoda łady, to był dobry, solidny wóz. Przy dzisiejszych plastikowych repach- prawie jak czołg. Żadnych psujących się ustrojstw, czujników parkowania, tempomatów, czy innych elektronicznych wykrywaczy pierdzenia. Zero planned obsolence, wszystko na swoim miejscu- proste i działające. Duszno? Włączasz nawiew i otwierasz okno, a nie rozglądasz się, gdzie tu nabić klimę i przy okazji zabulić jak za zboże. Rysa powstała podczas parkowania? I co z tego? Samochód dla człowieka, nie odwrotnie. 
Nie jestem kochającym serwisy moto- masochistą. I znalazłem idealne wozidło. Jeździłem tylko na coroczne, obowiązkowe przeglądy. Nawet olej samemu się wymieniało. Ech, jak się ma durną głowę, to trzeba chodzić piechotą. 
Rozglądam się mniej zapuchniętym okiem, szukam zmian. U M...-skich z ogrodu zniknęła warszawa garbuska. W wielkim świecie to rarytas na którym cwaniacy zbijają kasę. Tu nie dotarł chyba żaden dorobkiewicz, nie wywiózł jej w celu sprzedaży za kilkakrotnie większe pieniądze. Pewnie swojsko i ,,po naszemu" została przepita. Opchnęli przerdzewiały antyk za parę flaszek i po sprawie. Głupio, bo silnik palił i można z niej było coś zrobić.
-.Dom E...-szuków całkiem się zawalił... Pamiętam ich oboje. Ile to już lat, jak nie żyją? 
 
Nikt mnie nie mija, wioska sprawia wrażenie wymarłej. Smutno tu, pomimo bliskości przyrody, kwiatów, pół malowanych zbożem rozmaitem. Diabelnie tu smutno. Większość mieszkańców spędza życia przed telewizorami. Klubu, świetlicy, księgarni, biblioteki- nie ma i nie potrzeba nikomu. Przydałaby się wiata za sklepem, by można usiąść jak człowiek i nie lało na głowę podczas rozmów przy piwku. Ale nie można postawić, teren gminny.
Z rozrywek- jedynie przedstawienie choinkowe w szkole. O ile jeszcze się utrzymała. Mieli zamknąć jeszcze za moich czasów, niż demograficzny. A kto tu ma rodzić? Stare baby?   
Zastanawiam się- co zastanę na miejscu? Kompletną demolkę? Krater- wysypisko kości? Jak wygląda miejsce, dom jedną nogą w grobie? Nie było mnie... ech, nawet nie wiem, jak długo.
Widzę, że nie jest źle, dach cały... Mało co widać, bowiem panuje straszny chaszczyzm. Podnoszę do pionu wiszącą na jednym zawiasie furtkę ze sztachet. Płot tańczy piruety, giba się na wszystkie strony, musi tak samo pijany, jak ja wczoraj. 
Trzeba udeptać trawsko. Przeklęte żebra nadal bolą.
Chodzę jak nawiedzony po zarośniętym podwórku, odprawiam tylko sobie znany rytuał. Koń w kieracie, w kółeczku, w kółeczku!
Pokrzywy są mięciutkie i podatne na deptanie, gorzej z krzakami jeżyn- samosiejek, którym po prostu odpuszczam. 
Chałupa patrzy spod półprzymkniętych powiek. Żółte ze starości firanki, otwarte okiennice... jak oczy przedwiecznej, śmiertelnie znużonej życiem istoty.
Na szczęście nie zgubiłem kluczy. Staję przy drzwiach. Gęsia skórka, dziwny, nieuzasadniony niepokój.
Czego się bać? Mieszkałem tu x lat! Mimo to jakiś nieswojo. Opuszczone domy nie są przyjemne, zwłaszcza, jeśli włazisz do nich w pojedynkę.
W zalepione juchą nozdrza uderza dobrze znana woń zapomnianego muzeum. Niewietrzenie, nieogrzewanie wyłazi ze ścian i łaskocze mnie w rany na twarzy. Stęchlizenka, nieznaczna, ale wyczuwalna wilgoć. W zasadzie spoko, nie ma dziur w eternicie, deszczówka nie lała się do środka.
Przeszłość jest dziwną studnią, każdy wrzuca do niej wszystko co ma. Rodzimy się i umieramy, pracujemy tylko po to, by karmić jej nienasyconą, czarną gardziel. Życie to oszustwo, bezzwrotna pożyczka niby-to na wysoki procent, powszechne Amber Gold. Teraźniejszość to akcje upadłej spółki, którymi można się jedynie podetrzeć. Chcę zajrzeć do kuferka, w którym praprapradziadkowie zamknęli stos gorących monet. Spuszczam się na linie na samo dno studni. Codziennie niżej, głębiej, w coraz większą, lepką pleśń. 
 






Zgłoś nadużycie

 


Regulamin | Polityka prywatności

Copyright © 2010 truml.com, korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu.


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. zarejestruj się

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1