Proza

Florian Konrad


dodane wcześniej pozostała proza dodane później

10 stycznia 2018

Zmysły zewnętrzne (cz.V., PRZEDOSTATNIA)

Biorę głęboki wdech. Prawdopodobnie ostatni. Potem nie pooddycham. 
I wtedy, niczym w filmach akcji, dosłownie w ostatniej chwili, pośród coraz głośniejszej litanii obelg i zapowiedzi co i gdzie zostanie mi wsadzone, a co spotka moją siostrę, matkę, w ogóle całą rodzinę, słyszę warkot. Groteskowy, takie pyr, pyr, pyr. Podobny, tylko o wiele wyższy dźwięk wydawał mój romet ogar 200. 
I wytacza się, zza winkla półkamienicy, ruiny z drzewem rosnącym na półdachu, pojazd iście cyrkowy, szafokształtne, obite płytami PCV, zielone jeździdło.
Kieruje się w moją, w naszą stronę. 
Agresorzy nie zwracają najmniejszej uwagi na cudo. Widzieli nie raz, pojazd należy, podobnie jak megadziura, do folkloru szmatodzielnicy. 
Samoróba wjeżdża w grupę uzbrojonych w maczety łysków z pokładu żylety.
Aneta odchyla plastikową szybę i krzyczy coś w dziwnym slangu, żulomowie. To jakieś lokalne połączenie gwary więziennej, śląskiej i - chyba - portugalskiego. 
Ja pierdaczę, co tu się dzieje! Aneta jest... grypsująca!
Z nawijki rozumiem tylko ,,swojak, prawilny, dziary" i ,,odpalić".
Nie mija pięć minut, jak armia osiłków pod jej wodzą wręcz wynosi szczątki cizety z rozlewiska. Dobre!
Tresereczka ujarzmiła hordę dzikich bestii, Tarzanów blokowisk! Słuchają się jej, jak - nie przymierzając - jakiejś papieżycy, natchnionej głosicielki objawionych prawd. Aneta wiodąca skacowany lud na barykady!
- Mhłwhyły - rży jeden z Neandertalczyków patrząc na rozkwaszony, pokryty gęstą skorupą szlamu przód superwozu.
Ujarzmicielka rzuca mu - jak się domyślam ostrych - słów.
Drab momentalnie pokornieje, na nieskalanym myśleniem obliczu maluje się nawet coś w rodzaju zawstydzenia. 
- Um - ytź - nakazuje domina. Paru młodych chuliganów rzuca się bezzwłocznie do pracy, rękawami bluz zaczyna pucować zmaltretowanego morodera.
- Ty - co to za dziwoląg? - pukam palcem w tekturopodobne nadwozie.
- Trambus, nie wiesz?
- Yyyy...
- Atrapa tramwaju, na starze 25, zrobiona dla picu, ładnie rzecz ujmując ,,w celach promocyjnych". By wozić tym padłem turystów od kebsa do maka.
- Chyba poroniony pomysł. Wsiadali?
- Się jeszcze pytasz. Pewnie - wąsaty brzuchacz wychyla się zza kierownicy. 
- Jak go kupiłem w dziewięćdziesiątym pierwszym z demobilu, miał milion najechane. Przebiegu, znaczy. Czyli zapotrzebowanie było.
- Bar Objazdowy Luna - czytam wysprejowany napis na bakburcie okrętu szos, plastikowego holendra - nielota. 
- Ano, był. Gofry, zapiekanki, tosty. Na przyjęcia komunijne piekło się sękacze. Nawet lody gałkowe swego czasu miałem, ale chujce z sanepidu się doczepili, że salmonellą grozi, warunki złe... - dumnego właściciela moto - padliny bierze na wspominki.
- Ty to jeszcze jesteś Paweł, czy już Aneta? - zdobywam się na odwagę i pytam.
- Ani jedno, ani drugie. Pomyśl, masz coś w tej bani? - mówi jedno w dwóch widziadło. 
- Działa, siadać i jechać - ospowaty dres woła zza kierownicy cizety. Fakt, chodzi równo. Silnik nie ucierpiał. Połamany zderzak panowie garuchy raczyli oderwać w diabły.
Jeden wykazał się na tyle zdolnością przewidywania i nie pozwolił kumplom zachachmęcić przedniej tablicy rejestracyjnej. Oderwał grzecznie blachę od połamanego plastiku i wetknął między siedzenia.
- Zajebistyyy... - mruknął filozoficznie jeden z oprychów. Reszta zaczęła wtórować, na zmaltretowany samochód spadła lawina komplementów. Własnych dziewczyn, pardon - dup, własnych loszek tak nie głaszczą czułymi słówkami, w ich ćwierćświatku byłoby to poczytywane za frajerstwo, objaw słabości, braku charakteru. Romantyczny troglodyta z różyczką w jednej i kosą w drugiej łapie? Oksymoron.
- Pamiętasz, Florciu, naszą piosenkę? 
- C... co?
- ,,Na służbie siły zła". Cover zespołu Aria. Śpiewał black Sab... nie, czekaj - Black Countess. 
- Coś było.
- Myślałeś, że robisz coś bardzo złego. A to - zwyczajna sprawa. Żadna służba zła. Nie ja jedna w Polsce miałam kochanka. 
- Co u męża?
- A, dobrze. Zaraz będzie rok, jak się rozwiedliśmy. 
- Zawaliście.
- A jak ta twoja... Ewelina?
- Ewa. Niedawno mnie rzuciła.
- Uuu, Czemu?
- Mało ważne. Poprztykaliśmy się o jakieś duperele i wiesz jak to jest - od słowa do słowa...
- Jaką mieliście piosenkę?
- Jeju, nie męcz.
- Możesz powiedzieć z łaski swojej?
- Zgadnij. Znasz.
- Pościelówa?
- Blisko, ale nie do końca. 
- Metal?
Zimno. 
- R. E. M. 
- Trochę cieplej.
- Kuźwa, mów, nie drocz się. 
- Piece of my heart, w najsłynniejszym wykonaniu.
- Janis Joplin.
- No. 
- Fajna.
- Ujdzie w tłoku. Nieważne. Skończyła się, wybrzmiała. Co do nuty. Teraz - tylko cisza - wsiadam za kółko morodera.
- Jedziesz ze mną, czy zostajesz w tym czymś?
 - Niby gdzie mam jechać?
- Do rodziców. Do laski. Chyba jest w tobie Paweł?
- Debil! - odburkuje Pawela. Wzruszam ramionami. Przez grzeczność nie zaprzeczam. 
 
XII. Uśmiech zombiczny
 
- Cholerny świat - mnę w ustach dużo gorsze przekleństwo. Poniosła mnie ułańska fantazja. Ciężko jest opanować TAKI wóz, w dodatku na haju. Szczególnie, jak się nigdy nie miało prawa jazdy. 
Nie, żebym był kompletnym samochodowym prawiczkiem, ale też trudno określić mnie mianem doświadczonego. Rometa ujeżdżałem ostro. Auto... jakoś się nie trafiło. O pójściu na kurs prawa jazdy nawet nie myślałem. Było mi ono potrzebne jak rybie rower. Zawsze któryś z ziomków podrzucił. 
Kuźwa, omal nie rozjechałem rowerzystki. Dziecka właściwie, góra dziewiętnastoletniego.
- N... nic ci nie jest? - wystawiam głowę przez szybę i dukam jak uczniak przyłapany na kurzeniu szlugasów za szkołą. 
Dziewuszydło ucieka z rowerem pod pachą. Dokładnie tak - będąc w większym szoku niż ja, w ciągu chwili zapomniała, jak się jeździ. Biedulka. 
I wtedy dostrzegam ich, szalonych i z drewna, ludzkie, niezapalone pochodnie. 
Idą powoli, miękko, jakby każdy krok parzył. Nogi - w onucach, bez grama butów. Perypatetycy przemierzający gminy i osiedla na własnych dwóch, wydeptywacze ulic.
- Wszelki duch niech was chwali, mędrcy, anachoreci! - chciałoby się zawołać, nawet, gdy jest się kompletnym ateistą - takie wrażenie wywołuje widok owych pomazańców bożych, świętych mężów w łachmanach. 
E tam, bredzę - przecież ich widok poraża, odejmuje mowę!
Opieram się o drzwi cizety. Jedynie to i może resztki ateistycznego honoru sprawiają, że nie padam od razu na kolana, trzymam się we względnym pionie. Choć i tak podświadomie, w jednej chwili zmieniam wyznanie: z zatwardziałego bezbożnika staję się kimś na kształt wyznawcy, trajkoczącym paciory rano, wieczór, we dnie, w nocy, bez przerwy właściwie, obsesyjniaka toczonego przez religijną manię. 
- Bądź pozdrowiony, bracie - myśli wyższy Nosicie, z brodą do pasa (ani chybi - apostoł!), a ja słyszę jego słowa wyraźnie, w głowie. Wypowiedział je nie poruszając ustami.
Niebo, jakie niosą obaj, jest czyste i niemal bezchmurne - nie licząc dwóch małych obłoczków w kącikach. 
Jasny i świeży, surowy błękit, bez zbędnych dodatków, przyprawa poprawiająca smak życia. Wyłącznie do użytku wewnętrznego! Spokojnie można karmić się, poić tym, nabierać w dłonie. Nie grozi przedawkowaniem!
Krystaliczna Substancja, Esencja odcedzona z szumów i mało ważnych obrazów, lustro luster.
- Piękne jest... - myśli mi się w stronę Dźwigaczy Nieba. Łapią falę, rozumieją, co bezgłośnie powiedziałem. Trudno się dziwić, to na bank boscy posłańcy!
- Dokąd pielgrzymujecie z tym? I jak długo?
Nie odpowiadają. Uuu - znaczy, że poruszyłem drażliwą kwestię. Pewnie obnoszą niebo po ziemi, banalnej i doczesnej, a peregrynacja ta skończy się wraz z wypełnieniem się Janowej Apokalipsy. Ludy wszystkich kontynentów, tak przepełnione marnością, niespokojne duszencje zamknięte w skończonych ciałach, jak proch marnych, winny zobaczyć, co czeka w zaświatach, nawrócić się, póki czas, anieli nie dmą w trąby na Sąd.
- Dajcie się przejrzeć - proszę zesłańców niebiańskich. ,,Piotr Apostoł" kiwa głową. Podchodzę ostrożnie. Serce wali, w ustach - pustynia. 
Zaglądam w krystaliczną toń. Nie widzę swego odbicia. Znak, że nawalonemu, wiecznie będącemu na haju Florciowi nie jest pisane niebo, nie pasuje do niego, niczym dredziarz do pielgrzymki. Ja i zbawienie - kolejny jaskrawy oksymoron. 
Zamiast mojej przymulonej gębuli widnieje, otoczona złotawym nimbem, poświatą, czysta i święta postać. Kobieta, ale nie Maryja. 
Ewa, żywcem wyjęta z ikony, przeniesiona z kościelnego obrazu. Ewa hagiograficzna, cuda czyniąca i sama będąca cudem. Ewunia z zastępów pełna chwały. Moja osobista Matka Boska. Ewa nieodpustowa, będąca wolna od kiczu, Ewa niegrafomańska.
Oto pojawiła się najcudowniejsza ze świętych, Oblubienica z Pieśni nad pieśniami!
Ech, cholera jasna, czemu musieliśmy się rozstać? W zasadzie poszło o nic, zupełną błahostkę.
Ewa! Kuźwa mać, miało być tak pięknie: Romeo i Dżulietta dwudziestego pierwszego wieku, których nawet kostucha nie byłaby w stanie rozłączyć.
Plan był taki: bierzemy kilka opakowań mocnych lekarstw i umieramy z przedawkowania wtuleni we własne ramiona. Znajdują nas rankiem moi rodzice, gdy jesteśmy kompletnie sztywni. Nierozerwalni. Rigor mortis sprawia, że musimy być pochowani w jednej, cudacznej bo owalnej, naprędce skleconej trumnie.
Naprędce, bo czy ktoś widział dwuosobowe szuflady w kostnicach?
- Dosyć, nie gap się - strofuje jeden z Dźwigaczy Nieba. 
Mam ochotę krzyknąć, że jeszcze nie odchodźcie, nie zabierajcie, pragnę, muszę spędzić choćby minutkę wpatrując się w obraz świetlistej Ewy. 
Ale nic z tego, mam ściśnięte gardło. 
I odczłapują, skloszardziali archaniołowie, niespiesznie, jakby od niechcenia. Taszczą z namaszczeniem czysty i surowy, rajski obraz, do innej, równie menelskiej dzielnicy, jak ta.
Posmutniały wsiadam do cizety. Właśnie podjąłem decyzję: muszę przeprosić Ewę. Niby nie mam za co, ale mniejsza o to. Biorę na siebie winy globu całego, niczym Sarah Kane przyznaję się do zagazowania Żydów, wybicia Kurdów. Przeze mnie spadły bomby atomowe, samoloty roztrzaskały się o dwie wieże. 
Gdybym miał komórkę, choćby antyczną nokię 3310, zadzwoniłbym zaraz do byłej, niestety, dziewczyny i błagał ją o wybaczenie, przekonywał, prosił, skomlał tak długo, aż zmiękłaby, odtajał lód z jej serca; aż uwierzyłaby, że gadka na fejsie z jakąś laską i - o zgrozo - dodanie tejże do grona znajomych to nie powód do rozstania, że dorośli bądź co bądź ludzie nie zrywają z powodu tak ,,ważkich przewin". Że nie mamy do diaska po dwanaście lat. 
Ale nie posiadam, jestem wszak jaskiniowcem, świeżo odkutym z lodowca hibernatusem, półdzikim ćwierćludem z najgłębszej, bieszczadzkiej puszczy. 
Moje odklejenie się od teraźniejszości osiągnęło apogeum, stałem się antyreligijnym pustelnikiem, któremu prócz substancji wenopędnych, eliksirów pobudzających wyobraźnię nie potrzeba wiele. 
Lewituję parę metrów nad ziemią, unosi mnie tęczowy wiatr. Orbita dragów, po której poruszam się jak sztuczny satelita, sputnik o elektronowych myślach, wiecznie naćpany cyborg. 
W lewym oku, w odróżnieniu od Terminatora, zamiast czerwonej diody płonie niegasnący joint.
Pewna część mnie wrosła w barowy stołek gdzieś w rzadko uczęszczanej przez turystów, bieszczadzkiej wiosce. Nie ruszam się dalej, niż do toalety, medytuję nad milionowym piwem niczym polski Hrabal. 
Płuca nasiąkają tytoniowym i marihuańskim dymem, uwędzona skóra ma kolor hebanu. W mojej, sięgającej do pasa brodzie gnieżdżą się jeże i borsuki. 
Wyciągam rękę z kuflem. Nalewaj stopiętnaste dziś piwo, koleś! Pobajamy o polityce Ugandy, porażce pierwszoligowego kameruńskiego klubu; opowiem ci, kto tak naprawdę trzęsie światową polityką. 
Nie, nie Żydzi, masoni, czy iluminaci. Rozwikłam zagadkę zabójstwa Kennedy'ego. 
Przecież to ja byłem mocodawcą Oswalda! Na urodziny kupiłem mu broń, wiedziałeś? 
Zasypiam, drzemię nie wstając od złocistego trunku. Ogarnia mnie najsłodsza maligna, przyjemne otępienie. 
Świat wygłuszono od środka, na zewnątrz został oklejony styropianem, by było ciepło i przytulnie, aby nie docierały do mnie żadne hałasy. 
Prowadzę niemal nie patrząc na drogę. Auto jedzie psim swędem, na pamięć. Właśnie minąłem patrol drogówki. 
Dobrze, że okoliczna psiarnia zna morodera, w obcym mieście na bank byłbym zatrzymany. A dokumenty zostały w kieszeni Pawła - Anety. 
I co? Dołeczek, na komendzie pobraliby krew w celu zbadania zawartości tego i owego. Potem - niechybny pierdel. 
A może demonizuję, kończy się przyjemny haj i zaczyna zjazd? Niby nieco za wcześnie, ale kto wie? 
Czuję się, jakbym właśnie wstał z grobu, opuścił przytulny, bogato zdobiony sarkofag w poszukiwaniu czegokolwiek zdatnego do palenia. Głupie uczucie.
 
 






Zgłoś nadużycie

 


Regulamin | Polityka prywatności

Copyright © 2010 truml.com, korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu.


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. zarejestruj się

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1