Proza

Florian Konrad


dodane wcześniej pozostała proza dodane później

1 lutego 2018

Imaginatycy cz. I/ II

„Płomień świecy jest zbyt gorący. Migocze i tańczy w ciepłym wietrze, wietrze, który nie daje wytchnienia od żaru” 
E. J. James "Pięćdziesiąt twarzy Greya"
 
I. Desensytyzacja
 
Właśnie czytam w internecie, że od 1954 roku naukowcy z Uniwersytetu w Kioto zajmują się hodowlą muszek owocowych, które to przetrzymują w kompletnych ciemnościach, by ustalić, w jaki sposób ich organizmy przystosują się do życia w odmiennych od naturalnych warunkach. Organizmy muszek, nie naukowców, rzecz jasna. 
Nie chcę być patetyczny, wysnuwać analogii pomiędzy tysiącem pięciuset pokoleniami biednych, skazanych na niekończący się mrok owadów, a ludzkością; choć może nie byłoby to całkiem nieuprawnione i na wyrost, wszak istnieją teorie mówiące, że jesteśmy tylko królikami doświadczalnymi w olbrzymim laboratorium, stworzeni i wiecznie obserwowani rzez cywilizację nadistot, bawiących się w bogów megaprofesorów. Chodzi raczej o moją własna ciemność, tę najbardziej utajoną i jednocześnie najdokładniej poznaną, uczucie wewnętrznego braku. 
Oto patrzę w lustro i kogoś tam nie ma, odbicie jest niepełne, niedokończone. Coś chciałoby się poprawić, naszkicować inaczej. Może użyć innej, wyrazistszej palety barw? Mam na myśli rysy twarzy, nie tak banalną sprawę, jak makijaż, kolor oczu, czy włosów. 
A gdyby tak wcielić się w kogoś innego, na parę chwil, w porywach - dni, pożyczyć zupełnie obcą głowę, albo całe ciało?
Wiem - banalne to, całkiem nieodkrywcze, przecież traktują o tym niezliczone filmy i książki S- F. Ale może właśnie owa podmianka rozproszyłaby wewnętrzne, burzowe chmury, poskładała mnie we względną całość? Nie mam myśli autodestrukcyjnych, brak sięga o wiele głębiej, niejako poza świadomość, wymyka się z ramek o nazwie „życie” i „śmierć”.
Czuję go, choć nie umiem precyzyjnie zdefiniować, jasno, jak chłop krowie na rowie określić, co też do diaska mi nie leży. 
To pewnego rodzaju dysfunkcja, dysharmonia (sto innych - dysów), powodowana przez nieistnienie czegoś, co było mi początkowo dane (nie wiem, na jak długo, prawdopodobnie dożywotnio; dlatego ów brak tak boli.
I nagle - trach! - nie ma. wyrwano z głębi jestestwa, z każdej komórki ciała. Zastąpiono atrapą, wełną mineralną, szklana watą, zmiętymi gazetami. Ktoś podmienił kamienie szlachetne na głazy wytargane z bagna, całe w szlamie; sprawił, iż czuję się pozbawiony istotnego elementu, części siebie, wspomnień. Spalono dom, albumy pełne zdjęć z dzieciństwa, skasowano twarde dyski. 
Trudno jest dociekać, domniemywać, głowić się, czym było. Może to popiersie Jelcyna wyrzeźbione w maćle, totalnie głupi przedmiot, wrak wartburga, szmata, lub też przeciwnie - sens życia, meritum, którego tak gorączkowo szukali filozofowie, z grupą Monty Pythona na czele. 
Bez jednego elemenciku misternie ułożone kostki domina (z daleka wygląda to na kompletny chaos, śmietnik pełen przypadkowych przedmiotów, jednak wszystko, dziwnym trafem trzymało się niezwykle mocno) nie przewrócą się.
Brak powoduje stagnację, zapętlenie się, to wyjątkowo silny klej. Zlepia mnie od wewnątrz, nie pozwala poruszać się swobodnie. 
- A co, jeśli jestem n - tym osobnikiem, przedstawicielem ginącego gatunku, należę do praprawnuków Pierwszych - Których - Pozbawiono? Te i inne - przyznacie, kuriozalne - pytania cisną się na usta.
Od ilu lat, pokoleń nie jest mi dane Wiedzieć, noszę w sobie skazę, genetyczne obciążenie? I czy ktoś wielki, wszechpotężny, śledzi jak przebiega eksperyment, czy też może pozostawił nas, biedne, białe myszy laboratoryjne, na pastwę losu, abyśmy żyli, lub (co lepsze) pozagryzali się w bratobójczych wojenkach kompletnie o nic?
Pozadaję kilka tego typu pytanek, całkiem do nikogo, w przestrzeń kosmiczną, poretorycznię, poteoretyzuję, nim nie zaczął się kolejny rozdzialik o dziwacznym tytule. 
Może mój głos, myśli związane w kłębuszek, zostaną usłyszane, zauważone przez złodzieja, który - w sobie tylko znanym celu - pozbawił mnie (nas? Czy mogę używać liczby mnogiej nie wiedząc czego szukam, za czym tęsknię, czy też istnieją podobni defekciarze, świadomi własnego wybrakowania?) Czegoś.
Jak myślicie - tknięty wyrzutami sumienia - odda? Może przyniesie, na kolanach, podrzuci, wszczepi ukradkiem, by dopełnić mnie, ukształtować. A może to cham, nawet pomimo ewidentnych dowodów winy będzie szedł w zaparte, zarzekał się, że skąd, ja nie brałem, jestem czysty jak łza, może to ktoś z innego wymiaru podpieprzył panu część osobowości. Idź, dobry człowieku, do Biura Dusz Znalezionych, tam spytaj. Może zostawiłeś w autobusie, czy knajpie i znalazł ktoś uczciwy, nie przywłaszczył. 
A tak w ogóle - jeśli nie wiesz, coś posiał , to znaczy, że wcale za tym nie tęsknisz, nie było potrzebne, najprawdopodobniej w ogóle nie istniało. Widział kto - zgubić niedefiniowalne?
Co czujesz, pustkę wewnętrzną, choć trudno ci określić, po czym? Dziwny z ciebie człowiek. Zasklep sobie tę dziurę poxipolem, zaklajstruj majonezem, he, he. A teraz poszedł won, tu się pracuje. Będzie mi zawracał cztery litery, lump jeden. Szuka wczorajszego dnia, moczymorda. Pewnie zasnął na ławce i obrobili, więc czepia się do ludzi, żeby odreagować. Daj takiemu w ryj, a będziesz odpowiadał jak za człowieka. Ma szczęście, ze ja jestem nieporywczy, inny na moim miejscy nie wytrzymałby i lutnął. 
 
II. Metajęzor
 
- Co robisz? - lekko zdezorientowany pytam Jolę. Jej meżulo śpi w najlepsze, napruty jak messerschmitt, pochrapuje, a ona... ustawia wokół łóżka puste butelki i słoiki. Dwuszereg, defilada półlitrówek.
- Jak się zbudzi i zacznie wstawać, to zrobi hałas, brzękną - objaśnia.
Muszę przyznać - prymitywny, ale dość pomysłowy alarm. Sam bym na to nie wpadł. Cóż - trzeba sobie jakoś radzić.
- A jak zauważy - co powiesz? Że robisz przetwory na zimę?
- Taaa, zauważy, jasne. Zawsze wyłazi koło południa, gapi się niewidzącym wzrokiem, jakby ludzi nie poznawał. Rozgląda się po chałupie, bo wiesz - zawsze na kacu jest tu pierwszy raz, to dla niego kompletnie nowe miejsce. Ruscy, albo Cyganie, spoili i porwali Tomeczka, zawieźli czort wie, gdzie, na dziesiątą wieś - dziewczyna uśmiecha się szeroko, ukazując żałosne resztki przednich zębów. Dziura w jej wardze, na sto procent źle zszyta przez jakiegoś konowała, wygląda szpetnie i zabawnie naraz.
Zawsze, taktownie, nie poruszałem tego tematu.
- Sorry że pytam, ale ... od czego to masz?  - odważam się w końcu. Jolka poważnieje. O cholercia, chyba strzeliłem gafę.
- Durny wypadek, nie ma o czym mówić.
- Przepraszam, jeśli... 
- Nic, nic. Moja wina. Zostałam kiedyś sama w domu. Tego jak zwykle gdzieś poniosło - tu trąca czubkiem buta zezwłok męża. 
- I się napiłam. Nagle słyszę - ktoś stuka. Wali jak cię mogę, do drzwi, w okna. A wiesz, jaka żulia się kręci, różny element. Bałam się, autentycznie się przeraziłam - oczy laski błyszczą.
- Wyciągam paralizator i pytam - kto? Cisza. To ja znowu - kto? Coś tam się odzywa, ledwie słyszalnym głosem, że my do męża. No to mówię, że go nie ma i pewnie u Kaliszewskiej, jak co dzień po robocie, siedzi aż do zamknięcia. Poszli, dzięki Bogu. Dopiłam, co jeszcze było do dopicia i idę spać. Gdzieś tak koło pierwszej - drugiej w nocy zachciało się palić. Fajki są, wymacałam, zapalniczka też. Światło wtedy nam odłączyli, wiesz, ciemno, jak u Murzyna, a nie będę po pijaku jakichś świeczek stawiać, czy lamp naftowych, nie ma durnych. Siadam na łóżku, biorę popiołkę i nagle jeb! Prosto w twarz!
Krztuszę się ze śmiechu. Ryczę jak zarzynany wieprz, wręcz tarzam się po podłodze, chichocząc jak głupek. 
Tomcio ululał się tak bardzo, że na pewno nie usłyszy. Można drzeć mu się prosto do ucha - będzie dalej spał jak zabity. 
Próbuję tłumić głupawkę, ale na nic to. Ja pierdaczę! Strzeliła sobie w usta paralizatorem i to w dodatku tym wielkim, co Tomek pokazywał. Rozkalibrowany szajs walił milionem woltów. Można by takim świniobicie zrobić, przystawiasz - i po sprawie. Słonia by powaliła taka dawka prądu, przenośna śmierć, kieszonkowy piorun.
Przez moment nawet współczuję Jolce, że się tak załatwiła. Musiało boleć niesamowicie. 
- I co? - pytam wreszcie, opanowując głupawkę. 
- Ty, jak trzepnęło! Aż zemdlałam! Normalnie doszło do serca, poczułam takie ukłucie, jakby ktoś je przebił kołkiem. Prąd osikowy, do unieszkodliwiania wampirzyc, co nie?
- Kto cię znalazł?
- Nikt, sama jakoś wstałam. Całą w zakrzepłej jusze, jakby kto skatował. Bezzębna. Piecze niesamowicie. Poraził cię kiedyś prąd?
- Raz, kabel od lampek choinkowych miał dziurę. Dotknąłem - i w płacz. Ze dwadzieścia lat temu to było.
- No. To mnie ze czterysta razy gorzej rypnęło.
- Biedulka - mówię półironicznie. Drwię i współczuję. 
- Jak w wierszyku dla dzieci: spojrzałam do lusterka. Nie chcę wierzyć, znowu zerkam. A tam, domyślasz się: obraz nędzy i rozpaczy. Ledwie samą siebie poznałam. 
- Siostra mojej byłej miała podobni: rozwodziła się z tyranem. Ale mieszkali razem, wiesz - ciężko teraz coś wynająć za normalna cenę, weź tu się utrzymaj z trójka dzieci z pensji sprzątaczki. No i raz ten jej ninja domowy wraca jak zwykle schlany i agresywny. A ona drobna taka, metr pięćdziesiąt w kapeluszu. Miała gaz pieprzowy do samoobrony. On z pretensjami, o wszystko i o nic, że go zostawia, nie kocha, współczucia i miłosierdzia nie ma dla nieszczęsnego nałogowca, odwraca się plecami, zamiast wyciągnąć pomocną łapę, wspierać w wychodzeniu z uzależnienia. I wreszcie - z pięściami. Tak się rozchodził. No to ona wyciąga puszeczkę z gazem. I nie spojrzała, w tych nerwach, że źle wycelowała. 
Jola uśmiecha się. Zgroza, cholerny prąd zmasakrował jej twarz. a taką miała ładną buzię.
Jakbym wygrał w totolotka (a raczej ciężko będzie, bo w życiu nie skreślę, ani jednego kuponu i nie zamierzam) - zasponsorowałbym jej operację plastyczną. Taki ze mnie altruista. 
 
- ...źle skierowała strumień gazu, centralnie sobie w oczy. 
- Jezu. 
- Zaczęła piszczeć, trzeć je. A mąż - w śmiech, Tak go to rozbawiło, że kompletnie zapomniał, że ma lać, wrócił mu dobry nastrój. 
- I co, nie rozwiedli się w końcu? - Jolka jakby nie zrozumiała sensu opowiedzianej historii. 
Nie mówiąc nic przyciągam dziewczynę do siebie. Dość brutalnie, jak na mnie. Jak na żałosnego mięczaka, za którego każdy mnie uważa.
Chwilkę później z zasyfiałego stołu lecą butelki, przechodni kieliszek, 
Kochamy się na lepkiej i wyświechtanej ceracie w różyczki, pośród skórek chleba, sztućców, talerzy z zagrychą. Cuchnie mi z ust bigosem, mam tego pełną świadomość. Romantycznie jak diabli, nie ma co. Jakby zobaczył nas ktoś bardziej cywilizowany - wpadłby w szarą rozpacz. 
Tomuś wierci się niespokojnie w barłogu, pewnie śnią mu się koszmary. Zawsze je ma, nigdy, jak stwierdził, nie przespał nocy bez rzucania się na łóżku, zimnych potów, drgawek, bez wojskowych widziadeł.
Służył jedynie rok, w zasadzie niecały, i to w czasach, gdy nie było już takiej fali, jak kiedyś; nie wyjeżdżał na misje, ba - w życiu nie widział nieboszczyka, nawet rodzonej babki. 
A on ma, kuźwa, zespół stresu pourazowego. Zwykły poborowy, co nie dosłużył nawet do stopnia starszego szeregowca! Co oni, mam na myśli starsze roczniki, kaprali i inne trepowate ciury, co ci przeklęci dręczyciele mu zrobili, czym zasłużył sobie na takie traktowanie? Bo musiał przejść piekło, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Całe szczęście, że mnie astma wykręciła od „służenie ojczyźnie” - jak szumnie nazywa się ten cały odmóżdżający teatrzyk, w którym dobrze czują się jedynie osobniki skrajnie zwyrodniałe. Mam oczywiście na myśli „zabawę” w znęcanie się, poniżanie młodszych. Za bezdurno, bo tak trzeba, bo tradycja nakazuje. Gierka, jaką mógł wymyślić ktoś będący połączeniem troglodyty i markiza de Sade. 
Śpij, Tomek, niedługo przestaniesz być „kotem”. Nadejdzie świt i zrzucisz znienawidzony mundur, maskę p - gaz, w której ciężko jest oddychać, z powrotem będziesz cywilem. 
Jeszcze biegasz po poligonie z drewnianą repliką kałacha, jaką przezornie dostają słabi psychicznie, gnojeni żołnierze, by nie przyszła im do głów najdoskonalsza z dezercji. 
Znowu prowadzisz Rudego 102. Ciasno w środku, niewygodnie. Trzęsie jak choroba.
Zapadnij w głębszy sen, postaraj się nie myśleć o całym złu, jakiego zaznałeś, szykanach ze strony małpoludów w moro.
Odpręż się, niech alkohol w twojej krwi zapłonie czystym, fioletowym światłem. Jak neon, szklane litery wypełnione gazem szlachetnym. 
Tak, Tomku - jesteś teraz szyldem. Obwieszczasz całemu światu, a w szczególności swoim prześladowcom, gdzie ich masz. Zaznajesz ukojenia, chwilowej nirwany. Przeszłość raz na zawsze zostaje oddzielona grubą kreską. 
Gdy wstaniesz - będziesz uboższy o pamięć, złe chwile zatrą się, przysypie je szary śnieg. Puch w najdoskonalszym kolorze. 
Nie miej do mnie o nic pretensji, choć robię właśnie niewyobrażalne świństwo, dzielę się z twoją żoną niezwykle głęboką i trudna do zdefiniowania pustką, wlewam w nią, wcałowuję mało szlachetny, choć czysty brak.
Postaraj się nie zrywać przyjaźni, choć zachowuję się jak dwulicowa kreatura, zakażam niczego nieświadomą Jolkę specyficznym rodzajem depresji, błyszczącym trądem, który porasta od wewnątrz, objawia się niemożnością odczuwania siebie w pełni. 
Przyznaję, jestem zwykłą świnią, nosicielem zakaźnego spleenu. Powinno się mnie zamknąć w klatce i obwozić po wsiach i miasteczkach. 
"Patrzcie - oto najbardziej egzaltowany dupek, jakiego ziemia kiedykolwiek nosiła. Tęskni, pragnie, pożąda sam nie wie czego. Podstarzały przedstawiciel antybananowej młodzieży, mentalny goguś, fircyk, trochę narcyz, trochę zapłakany dzieciuch z niemodnej subkultury emo, beksa lala. W kamasze takiego, a najlepiej do kamieniołomów - od razu by naludniał, nauczyłby się pracy. I wywietrzałyby z głowy duperele. Bo to, co teraz robi - to żadna praca. Japiszon w nim siedzi - czuć na kilometr. To nic, że jest biedny, rzecz nie rozchodzi się o pieniądze, a o ducha. A ten w nim jest kompletnie zblazowany, skisł od nieróbstwa. Dusza do tego stopnia zgnuśniała, że trzeba by porządnie nachajcować w fajerkach, by ją opalić. I byliby ludzie z udzielnego księcia, hrabiego - samozwańca. Tylko musowo się spieszyć, bo chłopaczyna całkiem na psy zejdzie, uwierzy w swoją arcywyjątkowość powodowaną przez Brak. A wtedy - już po nim, zbufonieje do reszty i skończy na marginesie życia, w jakimś przytułku dla cudaków, co to udają szlachtę i sami sobie rysują herby, drzewa genealogiczne, twierdząc z uporem maniaków, że ich ród liczy pięć milionów lat, wywodzą się od praszczurów Piasta Kołodzieja.
Jednym słowem - w wariatkowie.
 


III. Rozpierzchnia
 
Żegnam się z Jolą. Opój śpi w najlepsze. Nie zbudziłby się nawet, gdyby w pobliżu wybuchł reaktor atomowy. 
Jest piękne, słoneczne popołudnie. Patrzę w oczy najbliższej gwieździe. W żyłach mam ze dwie gorzelnie. Aż chciałoby się zrymować o tym parę słów, afirmować młodość, radość, procenty, opiewać swoją szczerbatą dziewczynę ("kochanka" to brzydkie, wartościujące, stygmatyzujące słowo, niemal inwektywa. Nienawidzę go. Jak to brzmi - "moja kochanka" Coś w stylu ":moja jawnogrzesznica". Nie, Jolcia jest moją dziewczyną i tylko tak mogę myśleć).
Punk rock gra mi w serduchu, zlewa się z liśćmi, jabłkami. Lato jest romantyczną balladą, hymnem, pochwalnym ku czci bezmyślnego, nieskrępowanego szczęścia, panradości.
Biorę głęboki wdech. W płucach wyrasta las tropikalny. 
Moja wieś, kochane zadupie bez smogu, wyziewów, hałd. Moja dziura na mapie, rodzinny zwid, miejsce tak żałosne, ze nie powinno śmieć istnieć. Pipidówa, gdzie psy szczekają odwrotna stroną, bajka w stylu noir, czytana podstarzałym, nastolatkom przez szpetną modelkę plus size. 
Nigdy nie wyrosłem, nie oczyściłem się z tej wsi, wżarła mi się pod skórę i już tam pozostanie, niczym nieoperacyjny nowotwór.
Tu celebruję kończącą się młodość, butwieję, tu dogorywam. Cały świat, Jolu, może żyć bez nas, a my bez niego.
Istniejemy tylko dla siebie, zrośnijmy się. Fajnie będziemy wyglądać: dwupłciowe, niespokrewnione ze sobą bliźnięta syjamskie. 
"Zatrzymaj się na trumnie" - nucę durnowata piosenkę. Znów jestem dzieckiem. Wchodzę na przydrożną, ślozującą wierzbę. Jest dziwna, rodzi trójkątne owoce, jabłka - nie jabłka. 
Rozpinam rozporek i - sam do końca nie wiedząc, czemu - zraszam je moczem. I stają się skażone, niejadalne. W jednej chwili zmieniają się w popiół. 
Twój trzyletni mag, kochana Jolu, potrafi czynić wyłącznie zło, to troll biegły w czarnej magii, użalaniu się nad sobą. To kompletny amator, partacz lodu.
- E- co robisz do chu? - gardłuje ktoś pod drzewem. Kazik. 
- Fantazja pijacka - odkrzykuję.
- Czubek, hje, hje, hje - rechocze wąsacz. Głos cwaniaka - prostaka, tak wiejski jak obornik, gumofilce.
A ja jestem ponad. Fizycznie, bo właśnie wgramoliłem się na wierzbę jabłoniowatą. I duchowo. Bo szybuje ponad chmurami, mam w sobie coś z księcia, artysty, ale i arcyłotra, największego szubrawcy w historii. 
Mgławice pod czaszką, pulsary w szarych komórkach. Macham rękami. Prawie wzbijam się w powietrze. Śmiej się, buraku, z wybitnego intelektualisty, drwij z autoproroka, samozwańczego guru. To do mnie modlą się wszyscy niewidzialni ludzie. Jestem kryształową religią, ty - ulepiony z fajansu. 
 






Zgłoś nadużycie

 


Regulamin | Polityka prywatności

Copyright © 2010 truml.com, korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu.


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. zarejestruj się

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1