Proza

Florian Konrad


dodane wcześniej pozostała proza dodane później

17 maja 2018

Kwadriduum (X.)

- Jak - zadowolony z dzieciaka? Przyznałaś się, że to nie Florka?
- E... Nie słuchaj, on jest na silnych lekach...
- Flołek - ona kłamie, łże, jak ostatnia suka. Nawet żeś nie sczaił, że pod twoim nosem...
Uśmiecham się widząc zdenerwowanie Karoliny. W jednej chwili pąsowieje, jej policzki stają się buraczkowe. Ręce i głos zaczynają drżeć. Zapewnia mnie gorączkowo, durna szmata, że mnie nie zdradziła ani razu, brat majaczy, podano mu opiaty, halucynogeny, LSD, meskalinę, albo trefny paracetamol, co za brednie, Remi w ogóle się jej nie podoba jako mężczyzna, z resztą - nigdy nie myślała o nim w tych kategoriach, podobnie jak nie myśli się o księdzu, czy mentorze, starszym wiekiem wykładowcy, poza tym - świat nie kręci się wokół seksu, on jest jedynie jego częścią składową i kulturalni ludzie, literaci, potrafią powściągnąć chuć, stłumić rodzący się pożar, nim ogarnie dwa przyciągające się ciała. 
Lawiruj, plącz się w zeznaniach, pleć, co ci ślina na język przyniesie. Żałosne! Przecież od początku miałem świadomość, co się dzieje, wiedziałem, że bachor, którego w sobie nosisz nie jest mój. Nie mam przecież genomu, w DNA hula wiatr, w każdej mojej komórce zieje pustka. 
Jestem bezpłodny, antyojcowski, mogę kochać się i dwadzieścia godzin bez przerwy z setką kobiet mających akurat dni płodne - i nie pocznę ani jednego dziecka. Ja - to chodząca czarna dziura, rozpadlina, niepodzielna - bo i czy istnieje nóż, jakim dałoby się pokroić pustkę, rozpłatać na dwie? 
A skąd! Nie musiałem się badać, oddawać pojemniczka ejakulatu do laboratorium, by wiedzieć, że nie jestem w stanie zostać tatusiem. Zwyczajnie takie rzeczy się czuje, jeśli nosisz w sobie wyrwę, to prędzej czy później zorientujesz się, ze jesteś niekompletny, spadnie na ciebie owo odium. 
Wiedziałem o tym od rozpoczęcia okresu dojrzewania, będąc pierwszy raz zakochany, w koleżance z klasy (ile mogłem mieć wtedy lat? Nie więcej, niż trzynaście), takiej jednej Małgosi miałem więcej niż pewność, ze jestem jałowy. 
Ciągle mam tę świadomość, nierozerwalnie związaną z jedna z moich osobowości - wiecznym Piotrusiem Panem.
Ona daje wolność, wyrasta z niej egocentryczne, egotyczne poczucie bycia w pełni osobnym, nieskrępowanym, nierozpraszalnym. Skoro nie jestem w stanie przekazać genów, bo ich nie mam - mogę skupić się na sobie, na życiu tu i teraz. Nie zbuduję betonowego drzewa, nie zasadzę zielonego domu, nawet, gdyby dano mi odpowiednie architektoniczne ziarno, budynki instant, które rozkwitłyby po podlaniu deszczówką ze stojącej pod rynną beczki (ciągle noszę w pamięci obraz mojego zburzonego domu).
Ksobny, narcystyczny Florek, który ma w sobie rozpadlinę. Skocz niczym na bungee, Karolinko. Nie musisz obwiązywać nóg liną. Spadaj, ciągle i ciągle, nie licz, że kiedykolwiek zderzysz się z kometą w kształcie serca, albo spadniesz na beton, czy puchową kołdrę. 
Jestem pusty, krzycz, ile chcesz - zamiast siedzącego ci na ramieniu farbowanego gołąbka pokoju, któremu znudziło się bycie symbolem przymierza człowieka z Bogiem, postanowił udawać błyszczącego kruka. Obecnie - zagubił się, sam już nie wie, do jakiego gatunku należy. Ptasi muł, bezpłodny, jedyny okaz w dziejach. 
Będziesz lecieć bez końca, oszustko. Wieczność we mnie musi być naprawdę potworna. 
Są ludzie-piekielne kręgi. Czasami aż prosi się, by w nich zamieszkać, zaludnić bezkres. Albo wsypać do środka wywrotkę śmieci. 
Mam w sobie coś z dzielnicy, którą bezrozumni decydenci zmienili w wysypisko. 
- Daj spokój, nie ma do czego wracać - łgam w żywe oczy z cynicznym uśmieszkiem. 
- Piełdoła, dopławiła ci łogi - bełkocze Artur z gumowym tamponem między wargami. Uigłowany, mający przekłute struny głosowe. 
Spoko, też cię zdradzam, suczko. Na razie jedynie w myślach. Mam na oku taką jedną czarnulkę... Wet za wet, potem - rozstanie. I wychowuj remiątko jako samotna matka. Wyprę się dziecka Rosemary, złożę w sądzie wniosek o zaprzeczenie ojcostwa.
"Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie" - jak głosi mój ulubiony w czasach licealnych cytat. 
Do stolika dosiadł się Friedrich Nietzsche. W ekspresowym tempie rosną mi wąsy, nie mija dziesięć sekund, jak orientuję się, że pod nosem mam pędzel, górną wargę szpeci ławkowiec. 
Bóg umarł jeszcze w XIX wieku, od tego czasu jego miejsce zajmuje pluszowy wąż Eskulapa. Oplata tron z chmur, wije się sycząc nihilistyczne brednie. 
Wczepił się w ciebie kleszcz, Karolinko, zostałaś zainfekowana ciężką przypadłością.  Choruj, ile masz sił. Celebruj to, ciesz się każdą chwilą niedyspozycji. 
Niedługo urodzisz mistrzątko, łysiejącego dziadygę z progerią, kalekę kalek. Nie życzę ci tego, oczywiście, nie chciałbym, aby przez kurwi charakter twoje życie...
- Tiwiiit! - daje głos papugowata bestia. 
...ale czuję, że tak właśnie będzie, los pokarze cie za wszystkie winy. Spieprzyłaś taki fajny związek, nie chciałaś go ratować, gdy dogorywał. Potrafiłaś tylko wbijać szpilki, pastwić się nad konającym. Odtrącałaś wyciągniętą do zgody łapę. 
Nie trzeba było długo czekać, by uczucie zmutowało. Ewolucja, jak piszesz, zawsze prowadzi do upodlenia, wykoślawia i zubaża. 
Mylisz się - teraz jestem szczęśliwy. Patrzę w szklane oczy Artura i czytam w nich: "Uciekaj, jak najdalej od niej, baranie! Co ty jeszcze robisz z wampirzycą energetyczną?". 
Mrugam do niego. Cholera - to nie oczy. Spomiędzy rurek prześwitują słoiki z ...formaliną? Na twarzy niedoszłego szwagra stoją szklane pojemniki, w których pływają ... gałki oczne? Co do diaska?
- Zobacz! - ciągnę Olkę za rękaw. 
Prezent nie przestaje się wydzierać, chyba nabrał nieco śmiałości. Jezu, Karolina chyba jest masochistką. Czemu znosi wyjca? Aż do tego stopnia zaślepił ją mag literatury? Jeszcze ogłuchnie, kurwiszon, i będę mieć na głowie kalekę i nie swojego bachora.
- Co to? Jezu, Siostro! Florek - zdejmij żesz to! Kurwa - jesteś facetem, czy... ja się brzydzę.
-...wierna... nas nie rozłączy, na zawsze będziemy... - byłej dziewczynie zbiera się na płacz.
Olka dogania pielęgniary i wszczyna karczemną awanturę, wrzeszczy w amoku, że jak tak można, co to za eksperyment, że suki jesteście, popleczniczki doktora Mengele, Białe Khmerki, służby nie wiadomo jakiego kraju wynajęły was, zdrajczynie narodu, byście znęcały się nad Dziewięciopolakami, to eksterminacja w białych rękawiczkach. 
- Ełyk już wie, ze to jego? A ty, Flołek - nie wierz w ani jedno jej słowo, bo będziesz niańczyć z piątkę...
- Artur, przestań...
- Miałem siedzieć cicho, ale, kułwa, chyba nie wyjdę z tego. Zamęczą, suki. Chcę, żebyś wiedział, z kim masz do czynienia. Dułny byłem, że wcześniej nie powiedziałem. Żeby się tak moja laska puszczała - dałbym w ryj, potem - kopa w dupę i tyle bym ją widział. A ty, frajerzyno...
Nie słucham podkablowych szyderstw cyborga. Bardziej zajmuje mnie walka, jaka toczy się na korytarzu. Od przepychanek słownych panie przeszły do rękoczynów; Olka, trzymana za włosy przez dwie pielęgniary, wyrywa się, wrzeszczy, rozdaje na prawo i lewo ciosy i kopniaki.
Z sal wystawiają głowy zarośnięte kobiety, baby z brodami wyglądające, jakby uciekły z osiemnastowiecznego freak show, wypełzają bezrękie bliźnięta syjamskie, mężczyźni z bielmem na oczach, kołtuniarze o włosach ostatni raz mytych i czesanych w Polsce Ludowej, cierpiący na kwashiorkor nastolatkowie.
Wrzask bijących się kobiet niesie się echem po napuchłych wilgocią korytarzach, odbija się od równie obrzmiałych ciał zagłodzeńców.
I nagle zostaje przykryty innym, o wiele większym, prawdziwym rykiem. Następuje eksplozja, podobna do tej, w której zginął dziadzisko od walizy. Detonacja dźwięku, wybuch kieszonkowej bomby termobarycznej. 
I wtem - wybryzg. Z sal, łamiąc drzwi, albo wyrywając je z futrynami, charcząc i plując, wypadają hordy pacjentów.
Ledwie żywe trupiszcza, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nagle przywrócone do pełni życia, dostają zastrzyk energii, siłę kulturysty. Wstępują w nich całe stada diabłów i innych złych duchów, demony światłopióre, od zarania dziejów wiodące ludzi na manowce i zmieniające ich w dzikie bestie, mary, opętnice, strzygonie, opuściwszy stare zbiory baśni, nie czytane od pokoleń legendaria, wdychają w oddychających jeszcze denatów, sprawiają, że ci stają się watahą wilków, wściekłych szakali, spuszczonych ze smyczy ratlerków. Mali i duzi, starzy i młodzi, brać pacjencia, dostawszy skrzydeł i małpiego rozumu, demoluje znienawidzone, jak mniemam, więzienie.
Pandemonium w dosłownym znaczeniu: tu panem jest nieczysty duch, demon wywalony na zbity ryj z chmur przez nieistniejącego przecież boga-Eskulapa, objął we władanie Dadźborówkę. 
Cuchnące piekło obraca się w gruzy, ze sporym zdziwieniem, by nie rzec - przerażony obserwuję, jak z wyglądu dziewięćdziesięciolatek, zapieluchowany i z całą masą drenów, sączków, wenflonów, dyndających z otworów ciała spinaczy biurowych, klamerek i gałganów, jednym sprawnym ruchem wyszarpuje spod tynku instalację elektryczną. Sypie się gruz, wypadają mysie szkielety.
Okołowiejska babina roznosząca obiad w wiadrach, okraszoną patykami cieniuchna zupinę, zastyga ze strachu. Możecie wierzyć, lub nie, ale w samym sercu Europy, w państwie co rusz sztukowanym innymi, oficjalnie - krainie mlekiem i miodem płynącej, El Dorado nadwiślańskim, obiad rozlewa się z drewnianych wiader, jakie dźwiga kobiecina za pomocą - uwaga - koromysła. To nie żart, choć trudno dać temu wiarę, w Dadźborówce kultywowane są, chyba, dawne obyczaje, jest ona podszyta wsią z I Rzeczpospolitej; nie zdziwię się, jeżeli zaraz zza winkla wyjedzie karoca, w której będzie siedzieć zabalsamowane truchło Stanisława Augusta Poniatowskiego, trup z wbitym w głowę drewnianym pługiem (Rzplita to przecież jedna wielka wieś, nie ma się zatem czemu dziwić, że monarsze bliżej do sołtysa Kołonogatki Małej, niż do męża stanu).
Olka, artystka konceptualna, widząc, co się dzieje, przestaje naparzać się z pielęgniarkami. Wspólnie, jak na komendę, zastygają, niczym harem Lota. Jednoczy je groza, niebezpieczeństwo. 
- Co jest, do diabła? - pytam dziwnie przytomnie, nie daję się ponieść fali strachu, ani tym bardziej wandalizmu, bezrozumnej demolce, stoję twardo na ziemi. Pytam, co spowodowało erupcję ludzi, wybuch wulkanu, czemu eksplodował sagan pełen skisłej lawy, zalewy po ogórkach, zepsutego majonezu.
- Nie słyszałeś? Pokój! Amnestia! - ryczy mi do ucha dryblasowaty kościotrup. 
- Co z aneksją Lotafrygii? W Wyborczej czytałem, że niedługo..
- A chuj tam, nie kłam, ostatni numer wyszedł w ubiegłym roku, potem drukowali podróby, ci od Wuja Sama. Fałszywki amerykańskie, celem dezinformowania społeczeństwa - odzywa się siedzący na wózku inwalidzkim bez kół, niemłody grubas.
- No, piąta kolumna, zainstalowana w kraju na chama, w biały dzień. Półoficjalnie. Tylko dureń się nie zorientowałby, że to nie ta sama gazeta... - obraża mnie jeden z tragarzy dźwigających opasa.
- Nie wierze. Kto z kim się dogadał, bo straciłam rachubę - docieka Karolina.
- Anektowaliśmy Klangrię, prawie całą, bo aż po Góry Herpeckie. I jest Państwo Państw, czyste i doskonałe. Raj się rozlał, żadna utopia, Eden wypłynął z pióra, którym podpisano akt... 
- Ej, ty, poeta! Nie pieprz!
- Kiedy to prawda.
- W telewizji powiedzieli? Może to ściema oglądaliście program satyryczny, mockument i wzięliście 
- Tak? To zobacz, durna pizdo! - taszczyciele stawiają (chyba) przywódcę rewolty na podłodze, ciągną niewierną Karolinę do sali telewizyjnej. Na siedemdziesięciocalowym ekranie - rozmazana, śniada twarz. Mężczyzna monotonnym, jak niegdyś generał Wojciech, głosem, ogłasza podpisanie traktatu pokojowego, zakończenie działań wojennych. Mamrocze o rozpoczynających się właśnie czasach dobrobytu, wolności, równości i braterstwa, gdzie każdy będzie (sic!) solidarnie pracować na rzecz Jedenastoojczyzny, znikną patologie społeczne, bezrobocie, nawet kolejki do lekarza. 
Bredzi się socrealistycznie pinglarzowi o wielkim skoku - z Ziemi - w nowe światy, gdzie nie będzie anarchii, więzień, ubóstwa, a wszyscy, kolektywnie pracujący na...
- Tego się nie da słuchać! Rzygam! Okularki ma o jaśniejszych szkiełkach, tylko to go odróżnia od Jaruzela. Tamten - był spawacz, ten - Stępień z "Trzynastego posterunku".
- Wraca nowe. Jeden gorszy od drugiego. Co mnie obchodzi, kto teraz się dorwał do... Taki sam twardogłowy pajac, jak inni. Mołotow, kuźwa, Łazar Kaganowicz, Stalin, Bierut, Czernienko.... Tylko w polskim wydaniu. Komusza szmata, Bolszewik sierpem i młotem robiony.
- Taaak? Przyjrzyj się, debilko! Nie poznajesz? - aż zapienia się wsłuchujący się w partyjne kazanie długowłosy blondyn ze świeżą, paskudną szramą na policzku. 
- Facet jak facet. Za bardzo opalony. 
- Pewnie lubi solarium, jak Lep...
- Jezu! Naprawdę nie widzicie? Szymczuk wrócił do kraju! Przekazał samemu sobie insygnia władzy! Zakończył działalność rządu emigracyjnego! Teraz już nie jest prezydentem na uchodźstwie, ale legalnym.
- Idiota. Przecież on nie żyje. O - taka maleńka byłam, jak go odsłaniali. Znaczy - mumię. Oglądaliśmy z całą szkołą, na apelu. Podniosłe wydarzenie, żałoba narodowa, choć przecież on był wówczas przywódcą sąsiedniego państwa. Pamiętam - miał być sprawdzian z przyrody i się upiekło...
- Żyje, cały czas żył. Sterował z tylnego siedzenia. Ta całą szopa z mumią, sfingowanie śmierci, wcześniej - paru statystów udających zamachowców... Czasami w polityce trzeba się uciec do niestandardowych metod walki o swoje. Wszystkie chwyty dozwolone. A z Janem Pawłem - to co, niby było inaczej? Ali Agca? To podstawiony turecki ksiądz! Ani dnia nie siedział w więzieniu! Takie bajki to oni se mogą wciskać - chłopstwu na wsi, małorolnemu. Jak świat światem były i będą przewałki. Zrobiło się za gorąco w kraju, to dostał "ataku serca", w tym czasie ulepiono woskową mumię w skali 1:1 - i już, mógł se spokojnie nie żyć, odpocząć od kamer. Nastały sprzyjające okoliczności - wrócił. Nie on pierwszy z resztą. 
Patrzę ze zgrozą, obrzydzeniem. Pod czaszką - przewraca się stolik, siedzące przy nim osobowości - zlewają się w jedną - wszechgargulca, który całe swoje kamienne życie spędza na rzyganiu na wszystko wokoło. Jego wymiociny ciekną na zadzierających głowy wiernych. Kwaśne krople padają na wyfiokowane paniusie, podmiejskich arbitrów elegantiarum,zmazują jednym i drugim makijaż z mord. Nietzsche ma skrzydła i wywalony jęzor, czyli - powrócił do dawnej formy. Za życia wyglądał podobnie. 
Matko... Tępaki, zżarłszy góry od piżam, strawiwszy z permanentnego głodu swoje szare komórki, pensjonariusze obozu śmierci uwierzyli, że to, co wyrzyguje telewizor jest prawdą. Łyknęli oczywistą ściemę. I to kiedy - podczas wojny, trwającej tak cholernie długo, że każdy, kto ma choćby porozum, zdolność szczątkowego myślenia powinien być wyczulony, szczególnie ostrożnie podchodzić do rewelacji serwowanych przez Dziennik! 
A ci, zeszkieleceni, w ostatnim stadium kacheksji, otworzyli bezzębne mordziaki i zżarli z ekranu wszystko, co im rzucono, przełknęli nie dławiąc się niestrawną papką. Glut przeszedł w całości, zapełnił przyschłe do kręgosłupów żołądki. I rozrasta się tam, krasnaja zwiezda o pięciu ramionach.
- Co wy bredzicie, jaki rok zerowy? Gów-no się rozpoczyna!
- "Idealizowanie ojczyzny jest tchórzliwą formą patriotyzmu". Podobno Gombrowicz tak napisał. I wiecie co - zgadzam sięęęę...
Kopniak, jakiego niespodziewanie otrzymuję w plecy sprawia, że głos więźnie mi w gardle, po czym robi salto i wylatuje nozdrzami. Padam jak długi na nie najczystsze linoleum.
Cherlawa z pozoru pielęgniarzyca w złotym czepku, więc pewnie jakaś szycha, siostra oddziałowa, komendantka obozu, wymierza mi solidne razy.
Bronię się, oczywiście, i - choć głupio i nie przystoi bić kobietę, co by powiedział ja-dżentelmen - oddaję, wet za wet. Chcesz się bić - dobra, sama zaczęłaś. 
Karolina z siostrunią, rzecz jasna, ani myślą stanąć w mojej obronie, przepychają się ze stadem dreniarzy, klnąc na czym Dziewięciopolis stoi, puszczając wiązanki, jakich nie powstydziłby się najbieglejszy w swoim fachu szewc, przypuszczają kontrofensywę. Chyba chodzi im o ocalenie telewizora, nie dosłuchały do końca orędzia Szymczuka, a raczej jego sobowtóra, dały się porwać gorączce zamieszek, wplątały się w awanturę, która nie powinna ich nawet w najmniejszym stopniu dotyczyć, zamiast wziąć grzecznie dupięta w troki i uciec ile sił w nogach z demolowanej Dadźborówki, te kretynki się biją!
Kątem oka widzę, jak "kłębek" z Arturem, ustrzykawione, usączkowane, cyborgiczne ciało niedoszłego szwagra jest niesione, z namaszczeniem, przez korytarz. Naprzeciw ochroniarzom, forsując barykady z łóżek i do niedawna jeszcze oszklonych szafek na lekarstwa, pacjenci niosą najsłabszego z nich; włączył im się instynkt stadny (jak się domyślam), ewakuują z placu boju, gdzie czekałaby go niechybna śmierć (pod opieką mengelic - z resztą też!).
Jęczy, postękuje z rezygnacją, ciągle żywy Janek Wiśniewski. Padł, jest symbolem nieludzkiego traktowania w pseudoszpitalu. Wyłupiono mu oczy, by przeszczepić Babie Wandze, która pewnie też już ożyła - żartuję z resztkami moich osobowości. 
Padł i powstaje, odradza się, niczym Feniks z Nazaretu, albo Szymczuk. Zabiorą go w bezpieczniejsze miejsce, przetransportują do innej placówki, może nawet w Szwajcarii, o ile ta nie została jeszcze wchłonięta przez wszystkożerne Stupolis. 
Czy będzie tym samym Arturem, jakiego znałem? A może czeka go nie zmartwychwstanie, a reinkarnacja, podczas rytuału przeistoczenia zostaną z niego wydobyte skrywane dotąd, mroczne, parszywe cechy charakteru, parafilie, bądź obrzydliwe poglądy i mój niedoszły szwagier powstanie z mar(twych) jako zajadły wróg ateistów, antysemita-urofil, albo ktoś w ten deseń, odrodzi się człowiek, który wcześniej nie istniał, na kanwie Artura zostanie nakręcony nowy los? 
Nie bredzę, dokładnie tak myślę, dość obrazowo, o owej przemianie: a co, jeśli zostanie on zobrazowany przez nieudolnego reżysera-szamana, iluzjonista medycyny ludowej uzdrowi nie-Artura?
E, ciul z tym. Niech mu tylko wprawią nowe oczy, spionizują. Cud, jeśli znów będzie mógł chodzić. Nie martwię się zupełnie, jest w dobrych rękach - półżywych rebeliantów bez idei, których jedyną siłą napędową jest zasłyszane w telewizji kłamstwo, słowa objawione przez sobowtóra mumii. 
Powinienem uważać takie, skrajnie naiwne osoby za niebezpieczne, jednak wbrew logice czuję, że z ich strony Arturowi nie grozi żadne niebezpieczeństwo. co więcej - jest pośród swoich, zaopiekują się nim, najbardziej chorym i pokrzywdzonym, przemielonym przez zardzewiałe tryby Dadźborówki.
Czołgam się po polu bitewnym, pośród walących się w gruzy ścian, rozmiękłych cegieł, klucze pomiędzy koślawymi nibynóżkami pacjentów. Patrzę uważnie, by nie dać się zdeptać, przygnieść skisłymi belkami stropowymi, by nie dostać po łbie lampą operacyjną, elektrokardiografem, czy innym urządzeniem, jakie fruwają w powietrzu, roztrzaskują się naokoło. 
Jestem żołnierzem pacyfizmu, żałosnym tchórzem dezerterującym w chwili, gdy walka rozgorzała na dobre, podburzony przez oczywistą ściemę tłum, poczuwszy (fałszywego!) ducha wolności zrzucił kajdany.
Moja skołatana głowa nie mieści w sobie na tyle mocnego procesora, by mógł zatrybić, w jaki sposób owe przedtrupy, chodzące szkielety uznały zakończenie wojny za wezwanie do buntu, nakręciły się do tego stopnia, że zaczęły rozróbę? Może odczytał, co chciały odczytać, jak Charles Manson i jego banda z beetlesowskiego helter skelter? Kurde, to całkiem prawdopodobne, przez lata znoszenia testów, upokorzeń, bicia i poniewierania rosła w nich agresja, frustracja, kumulowały się najgorsze emocje. Potrzeba było katalizatora, iskieruchny wręcz, kropli benzyny, by doszło do wybuchu; a gdy te się nie znalazły - zostały wymyślone za sprawą autosugestii jeden - drugi zdechlak wmówił sobie, że oto otwiera się Niebo, bramy Raju, nastaje Któraś Tam Rzeczpospolita, państwo mlekiem, miodem i wódą płynące, gdzie nie trzeba już psychuszek, zbędne stały się sanatoria, polikliniki, przychodnie, że oto oni, gmin, lud pacjencki, powinien wziąć sprawy w swoje ręce i dopełnić dzieła - zniszczenia, i budowy w jednym, eskstrahować zakażoną, ba - toczoną przez gangrenę tkankę. Gołymi rękoma, nie oglądając się na policję, wojsko (odkąd pamiętam - mają inne, ważniejsze sprawy, niż dobro obywateli), nie czekając na pomoc - wzniecić rewoltę. 
Ożywiony, pardon - zmartwychwstały z emigracji (sic!) Szymczuk wiodący więźniów psychuszki na barykady! 
- E! Młody! Cho no! - kiwa na mnie przycupnięty w kącie staruszek w czarnej peruce. Kurczowo obejmuje odrapaną walizę. Po wyrazie twarzy wnioskuję, że dobrze się bawi, idiota. Boi się, ale to przyjemny strach, horror oglądany podczas jazdy rollercoasterem. 
Podpełzam bliżej. 
- Tyle lat stagnacji, czekania, trwania w nadziei, to znowu jej utrata... Aż wreszcie, Boże kochany, gdy wydawało się, że już nigdy... Wolność, najprawdziwsza, odzyskanie niepodległości, jak w osiemnastym, czy osiemdziesiątym dziewiątym... Odwilż przyszła gwałtownie, spowodowała powódź. Nie było to łagodne odtajanie - słońce wyszło zza chmur znienacka..
- Uważaj! - odciągam go a bety. Moment później w miejsce, gdzie siedzieliśmy uderza meteoryt - szczątki telewizora. 
- Masz, syneczku - tobie się bardziej przydadzą. Jak uczy historia...
- ... że jeszcze nigdy nikogo niczego nie nauczyła - rozbawiony zupełnie bez powodu wchodzę przebierańcowi w słowo. 
- ...rewolucja lubi pożerać swoje dzieci. To wręcz jej przysmak - synowie i córki w sosie własnym - ciągnie emfatycznie stary. 
- Mi już niewiele zostało. Wolność, co ją ogłosili - sapie czołgając się ze mną po piwnicznych schodach - może przynieść wiele złego. Na przykład - kolejne rozruchy. I poleci to szybko, jak lawina - zamieszki, jedne za drugimi. Szykuje się z tego co widzę, matrioszka: otwierasz jeden konflikt - a tam - następny, mniejszy, ale o wyrazistszych rysach, zajadlejszy, pociągający za sobą więcej ofiar. I on też ma dzieci: zamachy, skrytobójców, trucicieli, co to nie zawahają się przed niczym, mogą nawet zatruć jedzenie dostarczane do żłobków, czy przedszkoli, bez mrugnięcia okiem zrobić catering diabelski - groteskowy dziadzio używa równie śmiesznych sformułowań. Dostosował język do wyglądu, czy odwrotnie? 
- Anioł, dusza człowiek, jak mu dać karabin do ręki, nawet samopał, potrafi zmienić się w najgorsze bydlę. Okazja czyni złodzieja, wyzwala sadystę, to haczyk, który zarzuca się spokojnym ludziom do głów. Czasami uda się na niego złowić prawdziwe ja - psychopatę, wyciągnąć tłumiony charakter. 
- Wiem coś o tym.
- Nasiedziałem się tu, za długo. Jak na jednego? Jak na pięćdziesięciu ludzi razem wziętych! Wierzysz? Zabrali mnie z poprawczaka, przekupiony lekarz wypisał żółte papiery,  żebym nie wrócił przypadkiem do domu - i tak już zostałem. Matka - pijaczka, jedyne, co mi kupiła, to dożywocie w szpitalu dla czubków. Po co jej bachor? Pozbyła się kłopotu, mogła się gzić z nowymi gachami, szlajać po melinach z kim popadło. Dziecko to dla takich niebieskich ptaków tylko balast, zbędny mebel, krzesło na jednej nodze. I tak siedzę, jak ten żywy rupieć w lamusie. Słabo karmią, zamiast sadła obrosłem kurzem. Nie wierzysz? Patrz - to nie siwizna. Cały jestem porośnięty. Ale co to ja...? Masz to, budrysie. Dobrze ci z oczu patrzy. Tobie dam, nie jesteś diabeł tasmański, jak tamte łachudry. Umieją jedynie bić i okradać ze wszystkiego. Trzymaj. Tylko ostrożnie nieś, syneczku, nie zgub, bo to cenna rzecz. Wiesz, ile lat zbierałem? Zacząłem, jak twoich rodziców nie było jeszcze na świecie. Grosz do grosza, tu się coś podwędzi, tam uczciwie zarobi na przepustce.... Dawałem, nie przeczę, ale to przecież nie ujma. Nie zemsta, a prostytucja jest rozkoszą bogów, jak mówi poprawna wersja przysłowia. I się uskładało taki kopczyk. Broński, portier, przechowywał mi go, póki nie przeszedł na emeryturę, potem - chciał, nie chciał - trzeba się było uśmiechnąć do palaczy. Najgorszy był Zudyna - jawnie kradł. Raz dwieście, potem po siedem - osiem stów. Co miałem zrobić? Udawałem, że nie widzę, że nie potrafię się doliczyć. Ech, było, minęło. A dupa nie szklanka.
- Coś pan...?
- Spożytkuj rozsądnie, to na długo wystarczą. Nie wydawaj wszystkiego na watę cukrową i lizaki! Zabawki - możesz kupić, ale nie w nadmiarze: ot, żabę drewnianą na patyku, co tak śmiesznie wysuwa jęzor, pajacyka z karabinkiem, coby cię strzegł, czołżek plastikowy...
Facet niemal na siłę wciska mi do ręki tekę. Pstryk! - otwiera zamki. 
Nie, żeby mnie specjalnie ciekawiło, czym urojeniowiec alzheimeryczny próbuje obdarować... Zaglądam bez przekonania, z czystej kurtuazji; by nie zrobić mu przykrości. Pewnie uzbierał spory zapas petów, zużytego papieru toaletowego, używanych strzykawek, czy tym podobnych "skarbów", w jego mniemaniu - bezcennych.
- E...- odejmuje mi mowę.
- Firliiit! - wykrzykuje, jakby w moim zastępstwie, kołujący nad głową dziwoptak. Przyleciał za nami do piwnicznej izby.
- Co do...?
Waliza, jak może już się domyślacie, moi kochani przodkowie, nie jest przenośnym śmietniskiem. Kryje w sobie skarb niemetaforyczny, nic, co mogłoby być cenne jedynie dla jego posiadacza, a bezwartościowe dla innych. To nie pamiątki, liściki miłosne sprzed dziesięcioleci, kiedy to świat nie był tak stary, jak teraz, nie diariusze, pamiętnisie, czy rękopisy utworów o mniejszej, większej, lub znikomej wartości. To tez nie zestaw survivwalowca, przydatny podczas toczącej się (ciągle?) wojny, ani broń






Zgłoś nadużycie

 


Regulamin | Polityka prywatności

Copyright © 2010 truml.com, korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu.


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. zarejestruj się

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1