25 lutego 2020
Przeterminowany
Wydłubuje skrawki
Wciskam zapałki w kasztany
Szepczę monotonnie i cicho o zapomnianym
Marzą dłonie rozmazując barwną plamę wspomnień
Nie było drogi a rowerek opada na niebo bezgłośnie
Nie boję się już milczeć
Kiedy o tym myślę
Śmiech płaczem odbija się od ściany
i grzęźnie pomiędzy dusznymi korytarzami
Czekam w nich ja w niepamięć zamarły
Na szepczącą słodko zieloność trawy
Na porannej modlitwy pieszczące palce
Ciepłą smugę światła na środku pokoju
(w niej uwięzione cząstki kurzu
odbywają swój rytualny taniec)
Na wszystko co niczym jest
wobec zabawy