Prose

Nieodgadniony


older other prose newer

30 may 2015

Fantastyka. Starcie.

Niebo było bezgwiezdne, odziane jedynie w księżyc, którego pełnia oświetlała gromadę domów jednorodzinnych, sosnowy zagajnik i kawałek łąki, jej reszta ginęła w mroku nocy. Obok ciągnęła się droga, nad którą górowały uliczne latarnie. Miejsce wiało pustką, w otoczeniu nie było nikogo. Jedynego ruchu dostarczał mizerny wietrzyk, lekko poruszając trawą na polanie.

Stał na niej chłopak. Nieruchomo. Jakby na coś czekał. Grube podeszwy czarnych butów jak forma w ciasto wbijały się w wilgotną ziemię. Wzrok młodzieńca przeszywał ciemność kończąc się gdzieś w oddali. Oddychał równomiernie, chłonąc chłodne powietrze. Był skupiony. Czekał.

Jego koncentrację zburzył warkot samochodu.

– Patrz, Tomek tam stoi. – Stwierdziła dziewczyna siedząca na miejscu pasażera.

– Tomek? Ej, faktycznie. Co on tam robi? – Zapytał kierowca.

– Skąd mam wiedzieć…? Zatrzymaj się.

Samochód stanął na środku jezdni. Wysiadła dziewczyna.

– Tomek! Co ty tam robisz? Tomek! – Zawołała.

Chłopak miał nadzieję, że nie zwrócą na niego uwagi i pojadą dalej, ale kiedy się zatrzymali, zaczął odczuwać niepokój.

– Kinga! Natychmiast wsiadaj do samochodu i spieprzajcie stąd!

Dziewczyna chciała w odpowiedzi rzucić coś niegrzecznego, lecz nagle Tomka przykryła wielka, futrzana stopa…

Stwór pojawił się znikąd. Był włochaty i olbrzymi niczym czteropiętrowy blok. Ale jego kończyna w ogóle nie dotknęła ziemi, lecz dryfowała w powietrzu. Pod nią na ugiętych nogach stał Tomek. Trzymał w górze ręce, które od futrzanej skóry dzielił metr wolnej przestrzeni. Doskonale czuł ciężar stwora, całe ciało miał napięte, a twarz wykrzywioną z wysiłku. Nogi ugiął jeszcze mocniej, następnie energicznie podniósł się ku górze krzycząc z trudu, a włochate cielsko gwałtownie wzbiło się w powietrze, jakby ktoś wbił w nie haczyk i właśnie wyciągał żyłkę, po czym w akompaniamencie hałasu i pyłu spadło obok Tomka.

Spanikowana Kinga nie wymówiła już słowa, tylko pośpiesznie wsiadła do samochodu.

– Jedź! No jedź! Już! – Nakazała przestraszona, równie przestraszonemu kierowcy.

Tomek zauważył łapę kolejnego stwora, opadała w jego kierunku. Wyskoczył w górę, a włochata kończyna wbiła się w miejsce gdzie stał. Wyglądało, jakby Tomek zawisł w powietrzu, po czym machnął ręką w kierunku wielkiej łapy, zupełnie jakby rzucał w nią niewidzialnym kamieniem. Nagle jakaś siła wygięła ją w nienaturalny sposób, a wielka kość chrupnęła z donośnym trzaskiem, stwór zawył z bólu. Tomek opadł na ziemię.

Na drodze wciąż stał samochód, który zgasł już trzeci raz. Kierowca odpalił go ponownie, chciał ruszać, lecz w emocjach zrobił to nieumiejętnie, a samochód zgasł po raz czwarty. W panice spojrzał na polanę i leżące tam dwa stwory. Jeden powoli się podnosił.

Tomek widział, że Kinga krzyczy, zauważył coś jeszcze i natychmiast wypchnął ręce przed siebie, po czym samochód z piskiem przesunął się po jezdni, a w miejsce gdzie stał, opadła włochata stopa trzeciego stwora. Młodzieniec wykonał ten sam ruch rękoma i niewidzialna siła podcięła nogi olbrzyma, a ten upadł z hukiem. Tymczasem Pierwszy już się podniósł, minął swojego pobratymca, który jakoś nie mógł wygrzebać z ziemi złamanej łapy. Chłopak nie widząc tego, skoczył w powietrze, bo Trzeci już się podnosił i raz jeszcze z całych sił rzucił niewidzialnym kamieniem, a stwór z impetem wbił się w asfalt, który popękał mnogo. Trzeci już się nie ruszał.

Nagle, jak z podziemi wyrósł Pierwszy, chwycił Tomka i rzucił nim w zagajnik. Chłopak czuł jak leci, to był ułamek. Uderzył w sosnę. Ból natychmiast rozszedł się po plecach. Wstał nie spiesząc się. Oddychał powoli, skupiając rozszalałe myśli. Stwór już się zbliżał, jego masywne kończyny wbijały się w ziemię, otoczenie dudniło.

Tomek ugiął nogi i wybił się w górę, chcąc przeskoczyć nad przeciwnikiem, ale coś źle obliczył i stwór chwycił go za nogi, po czym z impetem cisnął o ziemię.

Świadomość młodzieńca gdzieś uciekła, ale tylko na moment, po chwili wróciła jak bumerang, który płonął, rozpalił jego nerwy do bólu. Wypuścił powietrze. Jak przez mgłę spostrzegł, że włochaty kolos pospiesznie się zbliża.

Zacisnął zęby. Będąc nisko na nogach, wyrzucił ręce w tył, energia przeszła po jego dłoniach, po czym wystrzelił w górę jak z procy, pewnie omijając nieprzyjaciela. Wylądował ciężko, od razu padając na kolana. Skok był wysoki i długi, a stwór był daleko. Tomek miał trochę czasu. Huczenie w głowie nie pozwalało mu myśleć, ból jeszcze bardziej rozsiał się po jego ciele. Instynktownie spojrzał w tył, olbrzym już się zbliżał.

Młodzieniec musiał wstać. Zrobił to i zauważył przed sobą Drugiego, który w dalszym ciągu nie mógł poradzić sobie ze złamaną łapą. Tomek odwrócił się do jego pobratymca. Czuł bezradność. Nie wiedział jak zaatakować przeciwnika, już nie chciało mu się myśleć, zwyczajnie nie miał na to sił. Więc zareagował najprościej, instynktownie i po prostu machnął rękami w stronę Pierwszego, a ten poleciał w tył prosto w sosnowy zagajnik, co tymczasowo go odparło. Tymczasowo. Masywne cielsko powaliło kilka drzew, ale stwór, jakby wcale nie czuł bólu, od razu się podniósł, chwycił jeden z leżących pni i nacierał znowu.

Chłopak nie zastanawiał się. Ponownie machnął rękoma, a niewidzialna siła niczym wiatr przecięła powietrze i pchnęła stwora w tył, uderzenie było na tyle słabe, że nie przewrócił się, a jedynie rozorał ziemię włochatymi stopami, jak kadłub lodołamacza.

Rozjuszony Pierwszy rzucił pniem jak włócznią. Tomek skupił się na resztkach energii. Wypchnął dłonie, a drewniany pocisk zatrzymał się przed nimi dryfując w powietrzu. Drgnął rękoma, dając ujście energii, która odbiła pień, a ten wprawiony w ruch przebił pierś stwora. Pierwszy w bezruchu padł na trawę.

Tomek ukląkł ciężko, był wyczerpany. Zużył resztki energii. Trzymał rękę na plecach, gdzie czarna bluzka była mokra od krwi. Ciało miał poharatane, a twarz brudną i spoconą.

Powoli podszedł do ostatniego stwora, który złamaną łapę trzymał ciasno przy ciele, a drugą machał groźnie. Wydawał się chętny do walki, lecz wyraz jego pyska mówił co innego. Zrezygnowanie.

W końcu zdrowa kończyna przecięła powietrze. Tomek zrobił unik wytężając zmęczone mięśnie, przemknął pod włochatą kończyną, następnie skoczył do góry i obudził się nagle…

Leżał na biurku. Lekko się podniósł, opierając łokcie o blat. Rozejrzał się na boki, po czym zmrużył zaspane oczy, bo wpadło w nie światło monitora, na którym leciał jakiś film, ohydny troll walczył z magiem. W słuchawkach brzmiała dynamiczna instrumentalna muzyka. Scena na ekranie wydała się młodzieńcowi dziwnie znajoma.

– Coś mi się śniło? Nie. Nie wiem…

Na zegarze u dołu monitora wybiła trzecia. Niebo za oknem było czarne, niczym źrenica, a ulice opustoszałe. Życie spało spokojnie, szykując siły na kolejny dzień.

Wtem gdzieś pod samochodem, albo w krzakach przeraźliwie zamiauczał kot. Potem jeszcze raz. Tomek nie wiedział czy to ten sam, czy może już inny. Zdjął słuchawki, wyłączył komputer i poszedł spać.






wybierz wersję Polską

choose the English version

Report this item

 


Terms of use | Privacy policy

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1