Prose

Edmund Muscar Czynszak


older other prose newer

9 september 2011

Miłość spod latrni



 
 
             Świt tonął w
mroku. Pragnienia przestały być przedsionkiem spełnienia. Dzień rozpoczęty
pocałunkiem słońca nie był gwarantem pogodnego zachodu. Słowa jego przyjaciela
okazały się proroczą i bolesną prawdą. Wypity alkohol przyniósł chwilową ulgę,
lecz myśli jak bumerang ponownie osiadały na płaszczyznach jego świadomości.
Fotografia ze stolika była pusta naszpikowana fałszywym uśmiechem o innym obcym
spojrzeniu.
            Wstał powoli i
podszedł do zdjęcia, nie patrząc na nie schował je na dnie szuflady. Jakie to
proste - pomyślał, żeby tak można wcisnąć tam także wszystkie swoje problemy,
złe myśli. Sięgnął po szklankę mineralnej, gdy nagły dźwięk jego telefonu
spłoszył jego pustkę. Naczynie wypadło z rąk nie rozbijając się, lecz woda
wylana na telefon skutecznie uniemożliwiła mu odebranie rozmowy. Począł nerwowo
rozkładać aparat, aby go wysuszyć. Był zdenerwowany, a może to dzwoni Matylda,
nie potrafił wciąż oprzeć się jeszcze naiwnym myślom. Był naładowany
złudzeniami, poprzeplatanymi złymi odczuciami.
Nie mogąc sobie z nim poradzić, usiadł bezradnie na tapczanie,
zanurzając się w kolejnej fali wspomnień.
             Tamtej pamiętnej nocy, kiedy
wracając do domu spotkał tę kobietę, nie przypuszczał, że ta chwila, znienacka
nic niezapowiadająca rozmowa, pozostawi tak wielkie spustoszenie i bliznę w
jego sercu. Nigdy nie wierzył w miłość od pierwszego spojrzenia w przypadku
odmienianego na przeznaczenie, lecz to, co się wtedy wydarzyło, było czymś, co
nie dało się osadzić w żadnym z jego rozumowań. Ich pierwsza rozmowa
wybiegająca znacznie poza świt, była zapowiedzią czegoś, co zaczynało go
podstępnie wikłać w uczucia z pogranicza współczucia i własnej bezradności.
Historia, jaką usłyszał, była dla niego impulsem do zrobienia czegoś dla
dziewczyny zupełnie mu wówczas obcej, lecz jednocześnie bliskiej, bo zagubionej
w rzeczywistości współczesnego świata uwikłanego w cyniczną codzienność. Poczuł
ogromną potrzebę pomocy i wsparcia osoby tak ordynarnie potraktowanej przez
drugiego człowieka. Nie była kobietą, która poraziła go swą urodą lub
inteligencją, lecz jej bezradność wobec problemów postawionych przed nią przez
los skłoniła go do bliższego zainteresowania się jej życiem. Wydawało mu się,
że i ona przy bliższym spotkaniu darzyła go czymś więcej niż wdzięczność i
przyjaźń.
Obecna sytuacja nie pozostawiała złudzeń, że bardzo się mylił. Sam
również solidnie poturbowany przez różnego rodzaju doświadczenie nie szukał już
żadnych przypadkowych związków. Na początku wydawało mu się, że mogą być parą
dobrych rozumiejących się przyjaciół, lecz już po kilku miesiącach zorientował
się, że to, co do niej czuje, wykracza poza granice przyjaźni. Jak twierdził
jego przyjaciel w swym ulubionym powiedzonku, w biedzie najlepszy jest
przyjaciel, bo z przyjaciółkami to w zasadzie się nie wiedzie, a w ogóle nie
wierzy w przyjaźń miedzy kobietą a mężczyzną. I o tym przekonał się najprędzej,
lecz to nie spowodowało przewartościowania jego poglądu na tematy damsko-
męskiej przyjaźni, nadal brnął w to uczucie.
             Poczuł głód, postanowił zrobić
sobie śniadanie i znowu natknął się na ślady jej obecności w zestawie
śniadaniowym wspólnie zakupionym jeszcze miesiąc temu. Czuł jej obecność w
każdym zakątku kuchni, podczas picia kawy słyszał jej nerwowe mieszanie w kubku
- to, co tak czasami go irytowało, teraz bardzo mu tego brakowało.
Za oknem zaczął ponownie padać deszcz, uzupełniając nastrój
rytmicznym stukotem w martwą jak jego dusza szybę. Był tak samo bezradny jak
ona, kiedy ją pierwszy raz zobaczył. Wiedział, że powinien wyjść do przyjaciół
zanurzyć się w wir pracy, nie zostawiając sobie nawet marginesu na myślenie.
 
 
          Nagły szczęk kluczy w zamku wywołał
chaos w jego umyśle, serce przyśpieszyło swój bieg, zmieniając go w galop,
jednocześnie paraliżując jego ruchy. Nie wiedział, co ma dalej zrobić, wzrok
pomknął w kierunku przedpokoju, kiedy ołowiane nogi tkwiły w miejscu,
przytwierdzając go do podłogi.
Po  chwili w drzwiach
pojawiła się kobieta o nieco zaokrąglonych kształtach i miłym, ciepłym
spojrzeniu, które teraz wydawało się obce, pozbawione dawnego uroku. Stając w
przedpokoju niepewnie zapytała:
                -
Dzień dobry, Tomaszu, czy pozwolisz, że zabiorę swoje rzeczy?
- Są twoje, a więc proszę je sobie zabrać, a ja w nich chodzić nie
zamierzałem.
           - Wiem, jeszcze raz cię przepraszam,
to naprawdę jest coś poważnego.
           - Rozumiem, rozumiem, to miedzy nami
to był tylko taki żart, jak się domyślam.
- To nie tak, wiesz, że zawsze cię kochałam i kochać będę, ale
Miron był pierwszym moim chłopakiem, to z nim, jak wiesz, po raz pierwszy,
wiesz?
- Tak, wiem, i to on ma prawo pierwokupu do twojej osoby, jak
widzę, to twoje serce to taki nocny pasjonat dla naiwnych słabych facetów.
- Tomaszu, jesteś okrutny i złośliwy, dobrze wiesz, że tak nie
jest.
- Ja już nic nie wiem i bardzo cię proszę zabierz, co masz do
zabrania i zamknij drzwi za sobą. I proszę, zostaw klucze jak będziesz
odchodzić, one już ci nie będą potrzebne.
           Mówiąc to wstał i przeszedł do
innego pokoju, zamykając za sobą drzwi. Twarz jego napełniła się gradem łez
spływających po krótko przystrzyżonej kępie brody. Stojąc przy oknie, szukał
jeszcze śladów tamtych chwil, które pękały pod naporem wspomnień jak bańka
mydlana. Trzaśnięcie zamykanych drzwi zabrzmiało jak uderzenie pioruna w cichą
pogodną noc.
Kiedy wyszła wrócił ponownie do pomieszczenia ogołoconego z
resztek złudzeń, jakie jeszcze w tym domu pozostały. Podszedł do barku, do
którego wczoraj po raz pierwszy od wielu lat wstawił butelkę wódki, nalał sobie
setkę i trzymając w ręku kieliszek długo go obracał w palcach, wpatrując się w
niego jak w coś, co widzi po raz pierwszy.
- Nie, nie jesteś tego warta, nie wrócę do tego, co było,
pozostanę tu, gdzie jestem.
         Mówiąc to, uderzył pełnym kieliszkiem
w kiczowaty obraz z bukietem bzu wiszący na ścianie stołowego pokoju, alkohol
począł wolno spływać, zamazując jego kontury. Po czym opadł jak gdyby znużony
długim marszem na fotel, usiłując analizować ostanie chwile. Powoli docierała
do niego myśl, że tą wizytą jego żony, a może nie, bo ich faktyczny związek
trwał zaledwie dwie godziny, a jej obecne zabranie wszystkich rzeczy,
przypieczętowało koniec tej krótkiej, bo trwającej ponad rok… i tu ponownie
począł się zastanawiać, jak nazwać to, co miedzy nimi było. Lecz jednego był
pewien, że to ona pomogła mu wyjść z nałogu, będąc mu ogromnym wsparciem.
Wiedział także, że jej ponowny powrót do tego faceta jest jego klęską, z której
już się nie podniesie. I oznaczać będzie, że tak naprawdę bez Matyldy niewiele
znaczy, a bez niej może pójść na dno jak dziurawa łajba na spokojnej toni.
Wstał ponownie, aby pozbierać rozrzucone szkło kieliszka, jego
pedanteria nie pozwoliła mu spokojnie patrzeć na powstały chaos w jego nie
tylko życiu.
 
 
             Postanowił wyjść z domu, a że jego
ulubionym miejscem spacerów w trudnych chwilach był cmentarz komunalny, kupił
po drodze kilka zniczy, aby je zapalić na grobach swoich rodziców i brata,
który nie poradził sobie z problemem, który teraz i jego dotyka. Idąc alejami
tego specyficznego miejsca pełnego często znajomych nazwisk, brodził w
refleksyjnym nastroju zadumy nad tym, co spotkało już jego bliskich i
znajomych, którzy są już po drugiej stronie.
Przy grobie rodziców raz jeszcze poczuł się sierotą pozostawionym
w obcym mu świecie. Lecz ławeczka opodal grobu brata, która udzieliła mu swej
gościny sprawiła, że powróciły stare obrazy: kiedy krótko po śmierci matki w
drzwiach jego domu stanął policjant prosząc, aby poszedł zidentyfikować swego
starszego brata. Był jesienny, brzydki poranek na skraju niewielkiego lasku
zanurzona w niewielkiej kałuży leżała jego zmięta sylwetka. Nie potrafił
zrozumieć, jak można się do tego stanu doprowadzić, jak można utopić się w
niewielkiej kałuży, zatopić swoje młode życie. A teraz on sam stanął przed
podobną kałużą swoich niepowodzeń, zatrzymując się nad urwiskiem bezradność.
Jakże często zmienia się nasze postrzeganie tych samych spraw, jakie nas
dotykają w różnych etapach naszej często szalonej wędrówki przez życie,
pomyślał.
             Wracając z cmentarnej wycieczki
natknął się na kolegę również korzystającego z audiencji u bliskich
nieobecnych. Ten łapiąc go za rękaw skafandra, wyrywając z milczącej zadumy,
powiedział:
            - Cześć Tomasz, i ty, widzę,
wybrałeś się na rekonesans przed ostatnią drogą.
            - Jak widzisz, czasami trzeba
pomedytować w takim miejscu, prawda?
            - Dokładnie masz rację, co u
ciebie? Może pójdziemy po drodze na kawę porozmawiamy, co tam u ciebie?
            - Wiesz, nie bardzo, jestem teraz
sam, bez swej połówki.
            - A co tam u niej?
            - Już jej nie ma - odeszła.
            - Chodź, stary, porozmawiamy, ja
mam także niewiele czasu, ale chwilę porozmawiajmy.         
            - Przepraszam, nie dam rady, boję
się i nie mam ochrony, jestem sam, może innym razem.
            - No, trudno, stary, rozumiem, może
kiedyś, to trzymaj się, kiedyś to nadrobimy, prawda?
            - Kiedyś, trzymaj się.
            Wiedział, że taka rozmowa z kolegą
by mu mogła pomóc, pozwalając przelać odrobinę goryczy na innego człowieka,
lecz bał się, że wypite piwo, a może alkohol uwolni starą lawinę problemów
alkoholowych. A bał się samego siebie, jak jej znowu mu brakowało, zawsze
potrafiła zastąpić mu wszystkie jego słabości, byli dla siebie nawzajem wsparciem,
uzupełniając się nawzajem. Człowiek, do którego wróciła, potraktował ją kiedyś
jak szmatę, wykorzystując jej słabości do mężczyzn. On starał się być dla niej
wyrozumiały, wynagrodzić jej trudne chwile, traktował ją jak pełną ciepła
ukochaną osobę, która szybko potrafi ulegać urokowi chwili.
Wspomnienia przerwał dźwięk komórki, na jej ekranie wyświetlił się
numer Bartka kuzyna i przyjaciela wczorajszego świadka jego nieskonsumowanego
ślubu. Nie miał ochoty dzisiaj z nim rozmawiać, lecz po krótkim namyśle
postanowił jednak odebrać.
           - I co słychać, Tomku, przepraszam,
głupie pytanie, słuchaj, może wpadniesz do nas dzisiaj na obiad, żona zrobiła
kaczkę z jabłkami, pysznymi, posiedzimy, porozmawiamy, nie bój się, nikogo
więcej nie będzie, co?
           - Wiesz, nie bardzo, nie mogę się
pozbierać i głupio mi, zwyczajnie mi głupio.
           - Daj spokój, stary, przychodź i bez
gadania czekam na ciebie, pamiętaj, jesteś moim najlepszym i jedynym
przyjacielem i nie zawiedź mnie.
           - Zobaczę, muszę kończyć,
przepraszam, na razie.
             Rozmowa z przyjacielem ponownie
sprowokowała niewidzialną lawinę łez, był to serdeczny gest z jego strony, lecz
nie wiedział, czy poradzi sobie z gradem pytań jego miłej, choć trochę
wścibskiej małżonki.
 
 
Drogę powrotną z cmentarza do domu postanowił pokonać pieszo,
omijając wszystkie bardziej uczęszczane miejsca przez jego znajomych i
przyjaciół, włócząc się słonecznymi, choć dla niego szarymi jak jego potargana
rzeczywistość. I choć w nogach zaczynał już odczuwać zmęczenie, miałby ochotę
jeszcze tak włóczyć się bez celu po mieście do wieczora.
Kiedy znalazł się w pobliżu swego domu, zobaczył postać mężczyzny,
z którym wczoraj odeszła jego Matylda. Nie wiedział, jak się zachować, cofnął
się o krok, lecz kiedy spostrzegł, że został zauważony, postanowił iść dalej,
licząc, że ponownie spotka kobietę swego życia. I choć droga, jaka pozostawała
mu do przebycia była niewielka, jego umysł przebiegały tysiące różnych,
skrajnych myśli.
Zagubiony w domysłach, stanął przed wysokim przystojnym młodszym
od siebie człowiekiem, który zaczynając pierwszy rozmowę, powiedział:
            - Dzień dobry, no już myślałem, że
się pana nie doczekam, pan mnie poznaje?
            - Chyba tak, pan jest… - i nie
dokończył.
            - Tak, ja jestem obecnym partnerem
Matyldy.
            - A gdzie sama Matylda?
            - W moim domu, ja przychodzę w jej
imieniu, bo ona teraz gotuje obiad. Matylda zapomniała jeszcze część swoich
dokumentów, a przede wszystkim karty kredytowej, jest w teczce w szafce.
           - Proszę poczekać, pójdę do domu i
panu przyniosę.
           - Pan pozwoli, że pójdę z panem.
 Idąc do mieszkania w milczeniu, na progu
Tomasz zdecydowanym tonem powiedział:
           - Pan będzie uprzejmy poczekać
tutaj. Ja przygotuje teczkę i za chwilę panu podam.
             I zatrzasnął za sobą drzwi, wszedł
do mieszkania, nie zamierzając wpuszczać w swoje progi człowieka, który zabrał
mu kobietę. Na teczkę z dokumentami trafił szybko, lecz postanowił przytrzymać
trochę swego przeciwnika pod drzwiami. Włączył wodę na kawę, przygotował sobie
ostatnie ciastka, jakie mu w domu pozostały, po czym zalawszy kubek wrzątkiem
wolnym krokiem wrócił na korytarz, gdzie czekał mężczyzna. Podając teczkę z
dokumentami, powiedział:
           - Oto teczka, o którą prosiła
Matylda i proszę jej przekazać, że następnym razem, kiedy przyjdzie jej do
głowy podobny pomysł, aby osobiście do mnie się pofatygowała, nie
wykorzystywała do tego obcej osoby.
           - Ja nie jestem obcą osobą dla niej
i to do mnie w końcu wróciła, nie pozostając z panem.
           - A więc życzę jej powodzenia i oby
nie musiała ponownie szukać miejsca, kiedy pan się nią znudzi.
          - Nie pańska sprawa, a kobiety trzeba
traktować krótko, bez zbędnych czułości, aby wiedziały, gdzie jest ich miejsce.
Jak sam pan widzi, pańska metoda traktowania kobiet zbankrutowała, a ja sam
decyduję jak długo i z kim zamierzam być.
            Mówiąc to zakończył krótkim kpiącym
uśmieszkiem, po czym ruszył w dół, po chwili jednak cofnął się i wyjmując z
kieszeni kurtki szarą kopertę, podał ją Tomaszowi, mówiąc:
          - A to są pańskie zdjęcia i żałosne
teksty małego człowieczka naszpikowanego alkoholowymi problemami o
sfrustrowanej psychice. A Matylda może tylko być mi wdzięczna, że wyrwałem ją z
rąk takiego indywiduum jak pan.
Powiedział i szybko zbiegł po schodach, nie oglądając się za sobą.
 
 
On stał jeszcze przez chwilę bez słowa, po czym wolno wszedł do
mieszkania. Zapominając o zrobionej kawie usiadł w fotelu, analizując słowa
mężczyzny. Jak mogła dać jego listy pisane do niej, w których zwierzałem się jej
ze swoich problemów przebywając w ośrodku. Był to dla niego tak wstydliwy
temat, że nie mając odwagi powiedzieć jej to prosto w oczy, napisał podczas
swego pobytu na leczeniu, jednocześnie odkrywając całą prawdę o sobie i
złożoności swoich niełatwych problemów, widząc w niej osobę godną powierzenia
swoich słabości i problemów. Nie wiedział, że ona jeszcze je przechowuje, a
teraz pokazała temu człowiekowi, zabolało go tak samo, a może jeszcze bardziej
jak jej niespodziewane odejście. Z przerażenia zaczął stwierdzać, że
stwierdzenie o bankructwie jego sposobu na życie i postrzeganie kobiet było
uzasadnione. Złość mieszała się z żalem do niej i samego siebie, że nie
potrafił prawidłowo ocenić sytuacji, w jakiej się znajdował.
Wstał, podszedł do okna, po czym ponownie usiadł na fotelu, nie
mogąc sobie znaleźć miejsca, zatoczył koło, ponownie znalazł się przy barku,
stojąc przy nim kilka minut, tocząc ogromną walkę ze swoim nałogiem. Jednym z
jego ostatnich błędów było pozostawienie alkoholu dzisiaj jeszcze w barku, a
nie wylanie go do zlewu, to było złamanie jednej z podstawowych zasad. Nie
znajdując znikąd wsparcia, pokonany, odarty z resztek złudzeń, sięgnął po
butelkę, jaką wczoraj przyniósł z nieudanych zaślubin i nie sięgając po
kieliszek, wychylił głęboki łyk zakazanego dla niego trunku, po czym usiadł na
kanapie, stawiając flaszkę obok, zaczął ponownie brnąć w analizę tego, co się
wydarzyło. Czuł jak cały jego skrzętnie poukładany świat usuwa się w przepaść.
Obraz, który wisiał przed nim, nabiera szarych kolorów, przez moment wydawało
mu się, że słyszy dzwonek do drzwi. Usiłował okiełznać swoje zmysły, ponownie
nerwowo sięgnął po butelkę, tym razem pił spokojnie, poziom cieczy w naczyniu
zbliżył się do dolnego poziomu nalepki. Ponownie odstawił ją wolno oddychając,
powierzchnia pokoju zmniejszała się, powoli ściany nabierały szarości, powieki
nie mając siły utrzymać swego poziomu przymykały się jak okiennice jego
budynku, usiłując jeszcze ponownie sięgnąć po butelkę nie z potrzeby
zaaplikowania sobie kolejnej dawki trunku, lecz dla zwilżenia ust, lecz nie
zdołał już ich zwilżyć.
            Zasnął, kiedy dzień przekraczał
bramę nocy, zapadając się w studni głębokiego zapomnienia. Wszystkie problemy,
jak czarne chmury po wiosennej burzy, rozpłynęły się w martwej ciszy. Pokonany
przez własny los i słabość, spał twardym snem. Kiedy się ocknął, księżyc już na
dobre rozgościł się na niebie, rozłożywszy swój gwiezdny orszak, wpatrywał się
w jego żałosną zbankrutowaną sylwetkę.
Kiedy się przebudził, siadając zaczął reanimować swoje myśli,
ponownie nerwowym ruchem sięgnął po flaszkę, niewielka ilość trunku, jaka
pozostała, nie zaspokoiła jego apetytu. Zaczął nerwowo się miotać po
mieszkaniu, szukając czegoś, co mogłoby uzupełnić jego niedobór promili w jego
organizmie. Jakby po omacku natknął się rozdygotaną dłonią na pozostawioną
zimną już kawę, wypił ją łapczywie, po czym czując ogromny niesmak, postanowił
wyjść z domu, aby na mieście zdobyć coś, co by mu pomogło uzyskać iluzoryczną
równowagę, opanować drżenie rąk.
 
Wyszedł z domu nie zamykając drzwi, zaczął brnąć mglistymi jak
jego codzienność ulicą, potykając się na każdej nierówności nocy, usiłował
odnaleźć azyl dla siebie i swoich problemów. Przechodząc przez most pod jedną z
ulicznych latarni zamigotała mu sylwetka znanej postaci. Matylda? Nie, nie, nie
pozwolę się ponownie oszukać, nie wchodzi się dwa razy do tej samej kałuży,
pomyślał, postanawiając uciec od ponownego spotkania z tą samą historią,
banalną i okrutną.
Wykonał nagły zwrot, rozkołysanym krokiem wtargnął wprost pod
nadjeżdżający samochód ciężarowy. Ostry pisk hamulców splótł się z potwornym
bólem, jaki targnął jego ciałem. Gdzieś w oddali słyszał jeszcze głosy karetki,
niebieskie migotanie światła zlewało się z ostrymi, jasnymi promieniami zbliżających
i oddalających się pojazdów. Długa cisza napełniła pustkę, w jakiej począł się
pogrążać. Z daleka zaczęły się pojawiać postacie jego bliskich pustych
zasępionych twarzy, jego brat nerwowym gestem usiłował zmusić go do zmiany
kierunku drogi, jaką obrał. Lecz on zdawał się płynąć bezwiednie w nieznanym
sobie kierunku wiecznego szczęścia.   
Kiedy stare obrazy zaczęły znikać, w mglistej powłoce powracały
strzępy poobijanych wspomnień. Do jego świadomości zaczęły się przebijać głosy
nieznanych mu osób. Pokój, w którym się znajdował, naciągał kolejnym świtem,
lecz słowa, jakie zaczął odnotowywać jego umysł, nie były koloru błękitu.
- Taki młody człowiek i bez nóg, jak on sobie teraz w życiu
poradzi.
           - Musi, nie on pierwszy, to nie
pierwszy przypadek, powinna pani pamiętać, nie zawsze możemy pomóc. Medycyna
może wiele, lecz nie czyni cudów, a szkoda.
Nerwowo zaczął szukać nóg, czuł się potwornie obolały, lecz był
przekonany, że nic mu nie brakuje, a słowa, jakie usłyszał, wywołały niepokój,
lecz zmęczenie i środki uspokajające wpędziły go w ponowny głęboki sen.
Kiedy się obudził, słowa, jakie usłyszał na początku swego powrotu
do realnego świata, nie były już snem. Powoli docierała do niego świadomość, że
wypadek, jakiemu uległ, będzie miał poważne konsekwencje na jego dalsze życie.
I choć ból, jaki mu towarzyszył przez ostanie dni, mijał, psychika jego
znajdowała się w kompletnej rozsypce. Bardzo chciał dołączyć do swego brata i
rodziców znajdujących się już po drugiej stronie nie do końca zgłębionej innej
rzeczywistości. Rozmowy z psychologiem szpitalnym nie trafiały do niego,
wiedział i był przekonany, że nie jest sobie w stanie sam już teraz poradzić.
Nie potrafił sobie wyobrazić siebie na wózku inwalidzkim bez pomocy drugiej
osoby.
Problem, jaki przed nim stawał, przygniatał go swym ogromem.
Zawsze starał się być pomocnym drugiemu człowiekowi w jego problemach, teraz
wydawało mu się, że pozostaje sam ze swoim światem. Chmura czarnych myśli, jaka
go otaczała, nie pozwalała mu odkryć nawet skrawka nadziei na przyjazne jutro
dalszego życia. Był przekonany, że jak najszybsze zakończenie swojej wędrówki
po bezdrożach trędowatego losu, byłoby najwłaściwszym rozwiązaniem jego
nabrzmiałych problemów, lecz nawet wykonania tego heroicznego kroku był pozbawiony.
Otoczony niewielką garstką przyjaciół, jacy go odwiedzali, tkwił w swej
skorupie bezsilności. Nawet wiadomość, że jego dawna miłość już nie jest z
partnerem, do którego odeszła, nie wzbudziła w nim nadziei na odzyskanie jej
ponownie, bo kto by chciał wiązać się z kaleką, wymagającym stałej i ciągłej
opieki. Nie chciał już złudnego współczucia i okazywania wymuszonych gestów
przyjaźni, leżąc sam w pojedynczej szpitalnej sali ze wzrokiem utkwionym w
miejsce, gdzie powinny spoczywać nogi usiłował okiełznać myśli.
 
 
               Kiedy do jego sali z impetem
wdarła się pielęgniarka i jak zawsze wytoczyła swój arsenał pretensji wobec
jego osoby, nie wytrzymał i w sposób niepodobny do niego, zapominając na chwilę
o swoich problemach, wdał się pyskówkę.
-  Proszę pana, mam dość
pana zachowania, proszę nie robić z sali chlewa.
- Jak się nie mylę, to dbanie o porządek należy do pani
obowiązków.
- Jak pan słusznie zauważył, dbanie o porządki jest moim
obowiązkiem, lecz nie jestem pana niańką i nie będę pana okrywała co chwilę
kołdrą, czy zbierała porozrzucane przez pana bandaże czy leki. To, że nie ma
pan nóg, to jeszcze pana nie upoważnia do robienia ze szpitala chlewa. Jeszcze
raz przyjdę i zastanę taki bałagan, zgłoszę to ordynatorowi. A swoją drogą, to
myślałam, że tacy przystojni faceci są bardziej kulturalni i mniej złośliwi.
- A ja myślałem, że czasem zdarzają się miłe kobiety z odrobiną
wyrozumiałości dla kaleki.
- Lecz pan jest tylko kaleką nie mającym nóg, nie pan pierwszy i
nie ostatni w tym szpitalu, ale żyje i żył będzie, a co mają powiedzieć ci,
którzy już znają przybliżoną datę swej śmierci.
- Dla mnie taka opcja byłaby najodpowiedniejsza niż taka
wegetacja.
- Wie pan co, to, że czuje się kaleką, to rozumiem i jest to
pewien problem, lecz to, że jest pan zwyczajnym głupcem, to już jest tragiczne,
ale co od takiego wymagać, kiedy tylko udaje mężczyznę, a jest gorszy jak
kobieta. Jest mi po prostu pana żal, potrafi się pan tylko nad sobą użalać, a
nie robi pan nic, aby się dostosować do nowej sytuacji i żyć może trochę w
mniej komfortowych warunkach, ale żyć!
Zakończyła swój komentarz i wyszła z pokoju, rzucając na
zakończenie w jego stronę pogardliwe spojrzenie z odrobiną ciepłego uśmiechu.
Bezczelna baba, pomyślał, lecz nie przestając analizować słów,
jakie padły w ze strony kobiety, zaczął spoglądać na swoją sytuację z nieco
innej perspektywy. I choć jej słowa wywołały u niego nerwową reakcję, to
ukazywały mu inną stronę jego sytuacji. Przypomniał sobie swego brata, który za
swoją słabość i postępowanie zapłacił o wiele większą cenę, tracąc życie. A ja
jednak nadal żyję, mam nadal swoją pasję, potrafię z drewna wyczarowywać różne
fantastyczne figurki. Do tego niepotrzebne są nogi, mam jeszcze zdrowe sprawne
ręce, a i jakiś dom opieki także powinien się znaleźć. Ta bezczelna kobieta ma
swoją rację, nie mogę się poddać. Zasnął.
Kiedy się obudził, odwiedził go jego przyjaciel i kuzyn
jednocześnie, w trakcie rozmowy Tomasz podzielił się z kuzynem swym pomysłem
powrotu do swojej dawnej pasji rzeźbienia, a ten ochoczo zareagował na jego
pomysł, oferując się ze znalezieniem odpowiedniego drewna i zorganizowania
stosownych dłutek.
Sam pomysł na tyle go zainspirował, że postanowił podczas wizyty
zwrócić się o zgodę do ordynatora na wykonywanie takich prac w szpitalu.
Ordynator nie wykazywał entuzjazmu do jego pomysłu, lecz nie powiedział również
nie, uzależniając zgodę od zgody pielęgniarki utrzymującej porządek w salach. I
już wiedział, że jego pomysł staje się nierealny, bo ta złośliwa baba na pewno
nie zgodzi się na bałagan, jaki powstanie podczas pracy w drewnie. Niemniej
jednak począł ostrożnie sondować swój pomysł wobec niektórych życzliwych mu
pielęgniarek. Te jednak nie pozostawiały mu cienia wątpliwości, że ten pomysł w
szpitalu nie przejdzie, a siostra Patrycja na pewno się na to nie zgodzi. Tak
więc niebawem ten pomysł nie mający szans realizacji pozostał tylko w kręgu
jego planu nie do zrealizowania. A że pielęgniarka Patrycja była na
kilkudniowym urlopie, zwolna zanurzał się ponownie w swej apatii i zwątpieniu.
Jakie było jego zdziwienie, kiedy po tygodniu podczas pierwszego
dyżuru po przerwie jego przeciwniczka, jak mu się zdawało, stając w progu Sali,
zaczęła energicznym głosem:
- Słyszałem, że ma pan, panie Tomaszu, pomysł na swój dalszy pobyt
w naszym szpitalu?
- Tak, ale już znam pani odpowiedz, więc proszę się nie silić na
kolejne komentarze wobec mojej osoby.
- O nie, drogi panie, ja mam także tu coś do powiedzenia, bo to ja
będę sprzątała pańskie trociny i kurz, prawda?
- Nie musi pani!
- Tak, a ma pan już kogoś na moje miejsce?
- Nie, po prostu pomysł upadł.
- Głupim jest pan, skoro ma pan taki talent, proszę brać się do
roboty, tylko to mają być porządne rzeźby, a nie jakieś drewniane bohomazy,
rozumie pan - powiedziała stanowczym tonem.
- To znaczy, że się pani zgadza? – zapytał kompletnie zaskoczony.
- Dziękuje jest pani bardzo…
- Tak, tak, już pan niech nie kończy, stara jędza, prawda, ha, ha,
a ja mam jeszcze inne sale, nie jest pan tu sam - mówiąc to pospiesznie wyszła.
Po raz pierwszy od czasu wypadku poczuł się szczęśliwy i
zadowolony z powstałej szansy. Widział w tym zajęciu doskonałą ucieczkę od
swoich problemów i sposób na zapełnienie nudy, jaka krępowała jego umysł.
Jego stosunki z siostrą Patrycją z wolna ulegały poprawie.
Pewnego razu, kiedy ze swoim natarczywym głosem wtargnęła na salę,
stając przed jego łóżkiem, oświadczyła: 
                -
Co z pana za artysta, skoro nawet porządnych dłutek pan nie ma, proszę tu są
porządne narzędzia.  - I podała mu
komplet mało używanych dłutek.
- Bardzo pani dziękuję. Ile jestem pani winien?
- Nic, to znaczy niezupełnie, wyrzeźbi mi pan pięknego orła,
zawsze ten ptak mi się podobał.
- Oczywiście, bardzo chętnie, tylko czy będzie się pani podobał?
- To już pana w tym głowa. 
             Tak więc ich szorstka znajomość
zaczęła z wolna przemieniać się w coś na kształt przyjaźni.
Odwiedzając go niespodziewanie którejś niedzieli z własnoręcznie
upieczonym plackiem, opowiadała mu swoją historię, że mieszka sama tak jak on,
jej młodszy brat zginął dwa lata temu w wypadku motocyklowym. On także miał
zdolności do prac w drewnie i to po nim są te dłutka. Jego życie powoli
nabierało nowego sensu, lecz bał się już budować na swoich odczuciach
jakichkolwiek planów, lecz wiara tej kobiety w niego i jego zapał pomagała mu
ogromnie i przywracała wiarę w lepsze jutro. Była kobietą starszą od niego o
trzy lata, z ustabilizowanym życiem wewnętrznym i materialnym, niezwiązana
żadnym związkiem z innym mężczyzną.
 
 
Jego rekonwalescencja pomału dobiegała końca, zbliżał się czas na
samodzielne zmierzenie się ze swoim kalectwem i związanymi z tym utrudnieniami.
Przyjaciele, choć nadal go odwiedzali, nie kwapili się do pomocy w pierwszych
krokach we własnym domu.
Nieoczekiwana propozycja padła od pielęgniarki Patrycji, która
pierwsza zaoferowała mu swoją pomoc w adaptacji domu w nowej sytuacji. Kiedy
już się znalazł we własnym mieszkaniu wraz z jego przyjacielem wysprzątała
mieszkanie i przygotowała je na sprawne poruszanie się po nim na wózku
inwalidzkim.  Zaproponowała mu nawet, że
pierwsze kilka dni zamieszka z nim, aby mu pomóc w przystosowaniu się do nowego
życia.
Jego nieszczęście zaczęło nabierać zgoła innego kształtu, mimo
całej swojej trudnej sytuacji czuł się zadowolony, a jego nowa przyjaciółka
poświęcała mu sporo czasu, biorąc nawet na pierwszy tydzień jego pobytu w domu
wolne w pracy. Był tak dalece usatysfakcjonowany ze swej nowej partnerki, że
pod jej namową postanowił zaprosić swego przyjaciela i kuzyna wraz z małżonką
na niedzielny obiad. Czasem nawet zdawało mu się na chwilę zapomnieć o swoim
kalectwie.
Dni toczyły się pogodnie, jego adaptacja przebiegała pomyślnie, a
on sam zdawał się coraz bardziej radzić sobie w nowej sytuacji. Patrycja
powróciła z powrotem do swego domu, lecz po pracy codziennie była u niego,
przygotowując wspólny posiłek. Ich związek nabierał wyraziście kształtów związku
partnerskiego, on swoje prace twórcze pod namową swej partnerki zaczął
wystawiać na różnego rodzaju konkursach i festynach, osiągając pewne profity za
swe rzeźby. To sprawiało, że czuł się potrzebny, mogący także móc wnieść coś w
ich wspólne życie, bo zaczęli tworzyć już swego rodzaju parę.
 
 
            Pewnego popołudnia pod nieobecność
Patrycji zapukał do jego drzwi niespodziewany i zapomniany już gość. Gdy
otworzył drzwi w drzwiach stanęła Matylda.
- Dzień dobry, co u ciebie słychać, Tomaszku? - nieśmiało zaczęła
rozmowę.
- Dzień dobry, jak widać jestem kaleką bez nóg, skazanym na
siedzenie w domu i uzależniony od innych ludzi.
- Właśnie się dowiedziałam, nie zaprosisz mnie do środka?
- Skoro masz ochotę porozmawiać, proszę bardzo, wejdź.
Kobieta weszła do środka i usiadła w kuchni, rozglądając się po
mieszkaniu, nieśmiało kontynuowała rozmowę.
- Sporo się tutaj u ciebie zmieniło.
- Jak widzisz, napijesz się kawy herbaty? Tylko musisz sobie sama
zrobić.
- Dobrze, chętnie, tylko nie mogę się tu jakoś odnaleźć, wszystko
tu pozmieniałeś.
- To nie ja, to moja nowa przyjaciółka i opiekunka.
- To masz kogoś?
- Można tak powiedzieć.
- A ja właśnie, kiedy się dowiedziałam o twoim nieszczęściu,
chciałam ci zaoferować swoją pomoc i opiekę.
- A co na to twój chłopak? Twoja wielka miłość wie o tym, że u
mnie jesteś?
- Już nie jesteśmy razem, zostawiłam go.
- A co z wielkim uczuciem, jakie do niego miałaś? Ty jego, czy
raczej on ciebie porzucił?
- Czy to teraz ważne? Tak naprawdę zawsze kochałam ciebie i ty doskonale
powinieneś o tym wiedzieć, pamiętasz jak nam było dobrze, jak się doskonale
rozumieliśmy?
- Jedno, co pamiętam to, że mnie zostawiłaś w dniu naszego ślubu,
kiedy się tylko pojawił ten goguś.
- To już przeszłość, teraz tylko pragnę poświęcić się tobie i
opiece nad tobą, jestem to tobie dłużna, spróbujmy jeszcze raz? Proszę!
- Przykro mi, nic z tego nie będzie. Moje uczucie wobec ciebie
umarło, a mnie już nie stać na kolejny błąd w życiu. Nie mogę sobie na to
pozwolić, a ty byłaś tylko drobnym epizodem, pomyłką, za którą zapłaciłem sporą
cenę.
             Dalsza część rozmowy potoczyła się
w mniej przyjaznym tonie. Matylda usiłowała nadal skłonić go do przyjęcia jej,
ze swojej strony roztaczając niezwykle obiecujące propozycje wspólnego
współżycia. Tomasz jednak już odporny na jej urok i perspektywy powrotu do
dawnych chwil, jakie kiedyś spędzili, nie przystał na żadne z jej propozycji.
Zaś Matylda, wyraźnie niezadowolona z tonu rozmowy i reakcji mężczyzny,
opuszczała mieszkanie z gradowym spojrzeniem rzuconym na pożegnanie.
- Dziękuje za herbatę i proszę cię, przemyśl moją propozycję
jeszcze, abyś potem nie był zawiedziony jak ostatnim razem, kiedy się
rozstaliśmy.
           Po czym wyszła energicznie,
zamykając za sobą drzwi.
Jeszcze na korytarzu słyszał jej niewyraźne, lecz dosadne
niezadowolenie z przebiegu złożonej wizyty.
Kiedy przyszła Patrycja opowiedział jej o niespodziewanej wizycie
swojej dawnej małżonki i jej propozycji.
- I co jej odpowiedziałeś? Chcesz do niej wrócić?
- Mnie tylko amputowali nogi, nie rozum - nigdy w życiu. -
Chciałbym pozostać z tobą, jeśli oczywiście, pozwolisz i zechcesz być z kaleką.
- To mają być oświadczyny, czy taka biznesowa propozycja?
- Tak, chciałbym ci się oświadczyć, lecz nie oczekuję zbyt wiele,
bo wiem, jakim jestem ciężarem.
- Tak, ale jesteś także wspaniałym człowiekiem i jest mi w twoim
towarzystwie wspaniale.
- Dziękuję, jest to najmilsza wiadomość od wielu miesięcy, kocham
cię Patrycjo.
- No, długo czekałeś z tym wyznaniem, ja także cię kocham.
            Dalsza rozmowa toczyła się już według
scenariusza dwójki zakochanych w sobie ludzi: w pełni dojrzałej kobiety i
mężczyzny o trudnych i skomplikowanych losach. Pozostawał jeszcze jego problem
z alkoholem, o którym Patrycja doskonale wiedziała, lecz była pewna, że pod jej
czujną opieką i wsparciem jej partner sobie poradzi. Zaś rzeźby jego zdobywały
coraz większe uznanie w oczach nawet wytrawnych koneserów tej sztuki, dając
nowe perspektywy jego nowej formy wzbogacenia ich budżetu domowego. Tomasz coraz
śmielej radził sobie w kuchni z przygotowaniem uprzednio zrobionego przez
Patrycję obiadu i choć z powodu jego kalectwa niezbyt często wychodzili z domu
to nigdy się sobą nie nudzili.
Zaś Matylda po miesiącu ponownie złożyła mu wizytę, ponawiając
swoją ofertę powrotu, spotykając się ponownie z tą samą reakcją z jego strony.
Ostrzegała go, że może jeszcze tego srogo pożałować, jeśli będzie trwał przy
swoim zdaniu.
             Pewnego razu po powrocie z pracy
Patrycja oświadczyła Tomaszowi, że będąc przypadkowo u swej koleżanki na
oddziale psychiatrycznym zauważyła, że jedną z pacjentek tego oddziału jest
jego dawna partnerka.  Nie bardzo chciał
w to wierzyć, bo Matylda wydawała mu się na zagubioną, lecz nie chorą psychicznie
osobą, wydawało mu się wręcz, że to raczej wersja wymyślona przez jego nową
partnerkę, aby skutecznie zniechęcić go do dawnej miłości. Bagatelizując jej
relacje, potraktował ją raczej jak żart.
Patrycji udało się uzyskać zgodę spółdzielni mieszkaniowej na
zrobienie podjazdu na balkon na parterze, gdzie mieszkali, aby Tomasz mógł
samodzielnie opuszczać mieszkanie. Było to znacznym ułatwieniem dla niego, mógł
teraz samodzielnie wyjeżdżać na spacery czy drobne zakupy do osiedlowego
sklepiku. Zaś temat dawnej znajomej uznał za zamknięty. Zdobył nowych
przyjaciół zajmujących się jak on rękodziełem artystycznym. Patrycję odwiedzały
coraz częściej jej koleżanki z pracy. Tak wiec ich codzienność wydawała się
przebiegać według spokojnego, czasem banalnego, monotonnego scenariusza szarej
prozy dnia.
 
 
Za oknami ponowie wybuchła zieleń, wyswabadzając przydomowe
pejzaże z szarości pozostającej po zimie.
           Tomasz jak zawsze krzątał się na
swoim wózku, odgrzewając uprzednio przygotowany obiad przez Patrycję. Muzyka
płynąca z pokoju nie pozwoliła mu usłyszeć, kiedy przez pozostawione otwarte
drzwi balkonowe z powodu przyjemnego ciepłego wiosennego powiewu wsunął się
nieproszony gość do jego mieszkania.
Obracając się w kierunku pokoju, zauważył zbliżającą się Matyldę.
Z zaskoczenia upuścił talerzyk z kanapką. 
Po chwili wołając:
- A ty jak tu weszłaś, co cię tym razem do mnie znowu sprowadza?
- Przyszłam cię odwiedzić, bo dawno cię nie widziałam, byłam długo
w szpitalu.
- No, przykro mi, ale mnie to już nie interesuje, twoje problemy
już nie są mymi problemami.
- Tak, to ja cię kocham, zrobiłabym dla ciebie wszystko, a ty
wolisz tę starą zramolałą pindzię ze szpitala.
- Tak, wolę tę zramolałą pindzię, jak ją nazywasz, lecz nie
ciebie, kobieto, o dwóch twarzach.
- A więc ty będziesz miał twarz, która na pewno się nie spodoba
tej twojej laluni.
            Mówiąc te słowa wyjęła pospiesznie
małą buteleczkę z kieszeni kurtki i wyciągając zębami korek, oblała znajdującą
się w niej cieczą twarz mężczyzny, po czym z przeraźliwym chichotem skierowała
się do drzwi na korytarz. Nie mogąc sobie poradzić z zamkiem, ponownie pobiegła
do drzwi balkonowych, potrącając w nich sąsiadkę, która wchodziła zaniepokojona
potwornym wręcz zwierzęcym odgłosem z mieszkania, przed którym była na spacerze
wraz z wnukiem. Początkowo chciała biec za kobietą, lecz słysząc ponowny już
skowyt człowieka, weszła do środka. Zobaczyła sąsiada szamocącego się na wózku
inwalidzkim, twarz miał oblaną jakąś cieczą, która ściekając pozostawiała
czerwone jak krew pęcherze. Tomasz, nie mogąc sobie poradzić, spadł z wózka na
podłogę, nadal szamocąc się trzymał się za twarz. Sąsiadka stała przez chwilę
nie wiedząc, co zrobić, po czym szybko podała mu ręcznik z łazienki. Na twarzy
podczas wycierania zaczęły pojawiać się rany. Zauważyła leżący na ławie telefon
komórkowy, biorąc go do ręki wyświetlił się jej numer sąsiadki Patrycji,
nacisnęła przez chwilę telefon, nie odpowiadał, po chwili usłyszała głos.
- Czy ja rozmawiam z panią Patrycją?  - nie była pewna czy to właściwa osoba, nigdy
nie słyszała jej głosu przez telefon.
- Tak, słucham? Czy coś się stało, z kim rozmawiam?
- Jestem sąsiadką z b – klatki, Czapiewska, jestem właśnie u
państwa w domu, pan Tomasz ma oblaną twarz jakąś cieczą, nie wiem co dalej
robić, potrzebne jest pogotowie.
- Już wzywam, ale co się stało? Poparzył się czymś?
- Nie wiem, jak wchodziłam do mieszkania, z niego wybiegała jakaś
kobieta, około trzydzieści parę lat, nic nie wiem.
- Ja za chwilę będę, proszę do tego momentu zostać w mieszkaniu,
dobrze?
- Oczywiście, pozostanę.
             Po zakończonej rozmowie kobieta
bezradnie miotała się po mieszkaniu nie wiedząc, w jaki sposób pomóc
mężczyźnie. Ten leżał skulony pod szafkami kuchennymi, nie mając już siły
krzyczeć z twarzą przepełnioną bólem. Czas zdawał się zatrzymać w miejscu,
sąsiadka starała się uspokajać, mówiąc, że pogotowie już w drodze, jednocześnie
próbując się dowiedzieć, co się stało. Jednak mężczyzna nic nie odpowiadał,
pokiereszowany z bólu sam pewnie niewiele wiedział, co się tak naprawdę stało.
Kiedy już przyjechało pogotowie, a po chwili taksówka z Patrycją
lekarz stwierdził oparzenie jakimś środkiem żrącym i natychmiast zdecydował o
zabraniu do szpitala. Siedząc na korytarzu pogotowia kobieta zaczęła analizować
to, co się stało: a więc nie był to jakiś wrzątek czy coś podobnego, ktoś go
oblał kwasem - jej przypuszczenia natychmiast skierowało się na dawną małżonkę
Tomasza.
Po chwili wyszedł lekarz i poinformował ją, że za chwilę zostanie
przewieziony do szpitala specjalizującego się w oparzeniach, stan jest bardzo
poważny. Jednocześnie po tym zjawiła się policja powiadomiona przez szpital.
Patrycja podzieliła się natychmiast swymi przypuszczeniami co do sprawcy tego
zdarzenia.
             Następnego dnia w szpitalu, w
którym się znajdował, dowiedziała się, że oparzenie jest na tyle poważne, że
istnieje wątpliwość czy mężczyzna odzyska wzrok. Za co go te wszystkie kary
spotykają, co takiego zrobił, że go tak Boże każesz, myślała i bardzo mu
współczuła, wiedziała, że teraz to już na pewno sobie nie poradzi, będzie mu
pewnie potrzebna także pomoc psychologa. Czy on się zdoła ponownie z tego
dźwignąć, jak ja mu pomogę, kiedy muszę jeszcze pracować zawodowo?
Przypuszczalnej sprawczyni nie udało się zatrzymać do tej pory ani
przesłuchać. Patrycja zaczynała mieć pewne obawy o samą siebie, przecież nie
wiedziała, co w głowie tej szalonej kobiety się dzieje. Po powrocie do swojej
miejscowości postanowiła iść na oddział, gdzie widziała kobietę, aby się coś o
niej dowiedzieć. Jak się zorientowała, była tam już także policja. Dowiedziała
się od swoich koleżanek pielęgniarek, że została w ubiegłym tygodniu zwolniona
warunkowo na przepustkę, aby pozałatwiać swoje sprawy w miejscu pracy, z
przepustki oczywiście nie powróciła. I to wszystko, co udało jej się
dowiedzieć, więcej wiedziała zapewne policja, ale sprawa była objęta tajemnicą
śledztwa, a poszukiwania jej nie przynosiły skutku.
 
 
              Tomasz, kiedy leki zaczęły
działać i ból nieco złagodniał, a jego myśli przebijały się poprzez chaos i
zgiełk, przypominał sobie słowa jego kobiety i obecnej przyjaciółki Patrycji,
jak go ostrzegała, że widziała Matyldę na oddziale psychiatrycznym, wtedy
potraktował to, jako straszak trochę zazdrosnej kobiety. Zaczął powoli wracać
do początku ich znajomości. Kiedyś, gdy on zwierzał się jej z chwil pobytu na
oddziale odwykowym, ona także niby żartem wspomniała, że to wszystko już zna i
doskonale go rozumie. Innym razem znowu, kiedy mówiła mu jak go kocha,
żartowała, że prawdziwa miłość wymaga ofiar, a ona dla miłości zdolna byłaby
zabić. Ale zawsze wydawała mu się taka bezradna, zagubiona we współczesnym
świecie, a jej poglądy na życie jakby trochę zatrącały myszką. Ale jeśli go tak
kochała, dlaczego tak szybko zdecydowała się powrócić do człowieka, który ją
tak zlekceważył i skrzywdził? I to jeszcze w dniu, kiedy się już pobrali.
Zaczął sobie przypominać chwile, kiedy naprawdę był z nią szczęśliwy, a
ciekawe, co się stało, że ponownie się rozstali, może faktycznie to ona od
niego odeszła, przekonując się, jaki z niego drań. Jego cała uwaga skierowana
była na analizę postaci swej byłej czy nie byłej już żony, sam już nie
wiedział, kim ona faktycznie była i jest dla niego. Ból ponownie zaczął się
wzmagać, zadzwonił po pielęgniarkę, prosząc o ponowną dawkę środka przeciw
bólowego. To dziwne ja ją chyba naprawdę kochałem, a ona, co to za miłość, co
zadaje ból ukochanej osobie, nie ona mnie nie kochała. Tak, to była tylko gra w
uczucie, którego nigdy nie było, rozbiegane myśli zmęczyły go na tyle, że
zasnął.
 
 
Przez woalkę sinej mgły zaczął się przebijać obraz ulicy tamtej
ulicy, gdzie wszystko się zaczęło, ostrego obrazu nabierały szczegóły: coraz
bardziej do niego zaczęła zbliżać się uliczna latarnia, a na niej dyndająca jak
kukła na sztywnej linie okręconej wokoło szyi postać Matyldy z okrutnie długim
językiem niczym długi męski krawat falujący na wietrze. Nie widział twarzy, za
to jak gdyby z jej wnętrza wydobywał się przeraźliwy chichot pochodzący z
ogromnego tunelu. Nagle cała postać zaczęła się unosić w górę fruwając nad nim.
Ogarnęło go potworne przerażenie, poczuł pot na całym ciele, zaczął krzyczeć
sam nie wiedząc co. Do pokoju wbiegła pielęgniarka, po niej lekarz, pacjent
cały trząsł się z przerażenia jakby zobaczył diabła. Natychmiast podany środek
uspakajający nie od razu przyniósł oczekiwany skutek, Tomasz jeszcze przez
ponad godzinę nie mógł się wyzwolić z sennych obrazów, natarczywe myśli kłębiły
się w jego umyśle, rozbijając się na setki skojarzeń. Oczekiwany spokój spływał
na niego bardzo powoli i nierównomiernie paraliżując bardziej ciało niż umysł,
kiedy w końcu się wyciszył i zasnął, śpiąc bardzo długo.
Patrycja, kiedy kończyła pracę, i była właśnie u siostry
oddziałowej w sprawie wolnego na jutrzejszy dzień, wszedł do gabinetu policjant
po cywilnemu, prosząc o rozmowę z nią o Matyldzie B. w sprawie jej partnera.
- To ja, słucham pana?
- Czy możemy przejść do innego pomieszczenia, gdzie będziemy sami,
miałbym kilka pytań do pani.
- To ja może państwa zostawię, a sama pójdę na stołówkę -
powiedziała przełożona, wychodząc z pokoju.
- Na jakiej podstawie przypuszczenia pani skierowane były
przeciwko byłej żonie poszkodowanego - zaczął mężczyzna.
- Ponieważ kilkakrotnie nachodziła ona Tomasza, proponując mu
powrót, a kiedy on odmawiał, usiłowała go zastraszyć, że jeszcze będzie tego
będzie żałował.
- Pani była świadkiem tych rozmów?
- Nie, ona zawsze przychodziła pod moją nieobecność.
- A czy pani znała osobiście tę osobę.
- Raczej z opowiadania, raz mi ją pokazał na ulicy, potem
widziałam ją w szpitalu na oddziale psychiatrycznym i to wszystko. 
- Tak więc nic bliższego nie może pani na jej temat powiedzieć?
- Może tylko tyle, że Tomasz bardzo przeżył ich rozstanie, co
skutkowało powrotem do alkoholizmu. Czy pan wie, ona zostawiła go w dniu ich
ślubu w dwie godziny po odejściu od ołtarza, bo zobaczyła swoją pierwszą
miłość. Podobno to ona teraz odeszła od niego, tak mówiła jemu, ile w tym
prawdy, nie wiem.
- Tak, odeszła od niego, ale przedtem usiłowała go w śnie
okaleczyć, czy może wręcz pozbawić życia, na szczęście wyszedł z tego.
- To on także musi uważać, aby jej nie spotkać.        
- Jego nie ma w kraju, wyjechał do pracy za granicę, a ona już
nikomu krzywdy nie wyrządzi, jej sąsiad znalazł ją powieszoną w komórce na
opał. Sekcja, wykazała, że zrobiła to sama w dwa dni po tym zdarzeniu.
- Bardzo pana przepraszam za to, co powiem, ale to miła wiadomość.
- No cóż, rozumiem, nie mam więcej pytań do pani. Do widzenia.
 
 
            Kiedy powróciła z pracy do domu,
długo myślała nad całą sytuacją i choć obawa przed ponownym najściem tej
kobiety zniknęła, to jednak nie potrafiła dać sobie odpowiedzi, jak ma wyglądać
ich dalsze życie, kiedy jej ukochany nie odzyska wzroku? Jak będzie wyglądało
ich dalsze życie, czy zdoła sama udźwignąć brzemię i tak już trudnego
współżycia? Nie dopuszczała do siebie myśli o porzuceniu go w obecnej sytuacji,
ale i nie wyobrażała sobie życia, nie potrafiąc sobie wyobrazić opieki nad
niewidomym człowiekiem i jeszcze bez nóg. Przytłoczona tymi i innymi myślami
położyła się wcześniej spać, aby jutro rano jechać do Tomasza.
Wchodząc na oddział, przepadkiem natknęła się na lekarza
prowadzącego.
- Dzień dobry, panie doktorze, jakie są rokowania co do wzroku
pana Tomasza?
- Jestem umiarkowanym optymistą, sądzę, że utrata wzroku nie
powinna być całkowita, choć nie zmienia to faktu, że nie będzie już widział jak
dotychczas, a jeżeli to z bardzo niewielkiej odległości.
- Dziękuje i za tę odrobinę dobrych wieści.
- Niestety, pojawiły się nowe zaburzenia na tle nerwowym, senne
omamy wywołane zapewne przeżytym stresem.
- Czy mogę go odwiedzić?
- Tak,
oczywiście, nawet powinno mu to dobrze zrobić, ja już umówiłem na dzisiaj
konsultacje naszego szpitalnego psychologa.
Kiedy weszła do jego Sali, siedział na łóżku skulony jak gdyby
czymś wystraszony. Słysząc kroki, instynktownie odgadnął jej obecność.
- Partycjo, jesteś, jak dobrze.
            Podeszła do jego łóżka, on
wyciągając do niej dłonie, objął ją kurczowo w pół i zaniósł się ogromnym
płaczem, łzy nie zdołały się przedrzeć przez zaklejone oczy, ale czuła je na
swoich piersiach. Zaczął bez składu nerwowo mówić:
- Ona wczoraj tu znowu była, to było straszne - mówił nerwowo i
chaotycznie.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze, już nie musisz się jej bać –
kontynuowała, kiedy on niespodziewanie przerywając jej, powiedział:
- Wiem, ona się powiesiła.
- Kto ci powiedział - zapytała zdziwiona. I wtedy on zaczął jej
opowiadać swój sen.
           Nawet po śmierci nie dajesz mu
spokoju. Boże, to straszne, co ten człowiek przeżywa. Przytuliła go jeszcze bardzie
do siebie, był wrakiem człowieka bez nóg, pozbawiony wzroku, doprowadzony do
obłędu, Wyglądał jak porzucone zaszczute zwierzę, z poczuciem winy przybity do
krzyży własnych ludzkich ułomności, napiętnowany słabościami i bezradnością.
Tonąc we własnych słabościach, widziała, że bez specjalistycznej i długiej
pomocy psychologa nie jest już w stanie egzystować w szarej rzeczywistości
swego sękatego, wyboistego żywota. Już nie miała siły i odwagi mówić mu, że
jego małżonka targnęła się na własne życie. Pozostając dzisiaj z nim przez cały
dzień starała się wprowadzić go w lepszy nastrój, i choć nie bardzo jej to
wychodziło była zadowolona, że może, choć w taki sposób być z nim w tych
trudnych chwilach.
Po obiedzie przyszedł do niego psychiatra, po długiej rozmowie
przepisał mu odpowiednie porcje leków psychotropowych mających spowodować
powolne wyciszanie się i ustanie stanów lękowych.
Po wizycie poprosiła tego lekarza o krótką rozmowę na temat stanu
zdrowia i rokowań, co do jego stanu. To, co usłyszała było druzgocące, choć w
pewien sposób uspakajające jej obawy, co do dalszej opieki nad swym
przyjacielem.
- Proszę pani, pacjent po zakończeniu leczenia w tym szpitalu
będzie wymagał bardzo długiej terapii w zakładzie zamkniętym, jego stan w tej
chwili jest na tyle poważny, że nie będzie mógł samotne egzystować.
- Panie doktorze, on jest ze mną i pod moją opieką, jestem
dyplomowaną pielęgniarką i chciałabym się nim zaopiekować, o ile to będzie
możliwe.
- Może kiedyś, lecz w tej chwili nie jest pani w stanie dać mu
takiej opieki, a do tego, jak się dowiedziałem od lekarza prowadzącego, osoba,
która go do tego stanu doprowadziła targnęła się na swe życie i choć to brzmi
paradoksalnie, u niego może występować coś takiego jak poczucie winy i mam
poważne podstawy sądzić, że może i on usiłować targnąć się na swoje życie, tak
więc bardzo pani odradzam takiego kroku. Najlepsze, co może pani dla niego
teraz zrobić, to być przy nim, będąc często u niego, odwiedzając go i
utwierdzając w nim poczucie, że jest z nim ktoś, kogo on jeszcze akceptuje i tu
jest mu pani i będzie niezwykle potrzebna i wsparciem podczas długiego procesu
leczenia, jaki go będzie czekał. Lecz piętno tej historii, jakim go obarczyło
życie pozostanie z nim do końca jego dni. Taka jest moja obecna diagnoza i rada
dla pani, i ostrzeżenie: bez fachowej opieki i odpowiednich leków będzie tylko
gorzej. Przepraszam, czekają mnie dalsze obowiązki, do widzenia.
- Dziękuję, do widzenia.
 
               Pozostała z nim aż do kolacji,
próbując go zająć sprawami przeróbki ich mieszkania, czy rozmową na temat ich
wspólnych znajomych. Kiedy niechcący otarła się o temat jego nowej pasji
rzeźbiarskiej, stanowczo poirytowany zaprotestował, oświadczając, czy słyszała,
aby ślepiec kaleki zajmował się takimi rzeczami, a jego miejsce jest już obok
jego brata i rodziców, a ona zaczyna być wobec niego fałszywa, karmiąc go
takimi bajkami. Stał się rozdrażniony, w pewnym momencie podziękował jej za
odwiedziny i poprosił, aby sobie poszła, bo chciałby w końcu trochę odpocząć.
Wychodziła od niego z mieszanymi uczuciami i choć nie była na
niego zła, znając jego stan, czuła jak coś się kończy, a jej rola ogranicza się
do pomocy wciąż jednak bliskiej jej osobie.
Kiedy wyszła, Tomasz przez dłuższą chwilę leżał w milczeniu, czuł
jak znowu fala wilgoci wzbiera pod jego bandażami, że jego zachowanie w
stosunku do ostatniej z osób dobrze mu życzących było dalece niestosowne. Ja
jednak mam coś ze swoją psychiką, jak mogłem tak się zachować, co się ze mną
dzieje? Co mnie jeszcze spotka podczas mego pobytu na tym nieżyczliwym mi
świecie. A może to ja jestem złym człowiekiem nie potrafiącym się przystosować
do otaczającej rzeczywistości. Zawsze chciałem być pomocny drugiemu
człowiekowi, co ja złego robię, że nie potrafię przy sobie zatrzymać drugiej
osoby? I w ogóle, co ja jeszcze robię na tym świecie, Boże uczyń tę łaskę i
zabierz mnie stąd.
Zdenerwowanie zaczyna przekraczać wierzchołek spokoju, rytm serca
stawał się nagle nierówny, ogromny ucisk na klatkę piersiową wstrzymywał mu
oddech, usiłuje nacisnąć przycisk, aby wezwać pomoc. Nie dając rady,
chaotycznym ruchem dłoni zwala ze stolika znajdujące się naczynia, powodując
hałas. Do sali wpada pielęgniarka, wzywając lekarzy.
Zapada powolny zmierzch. Znajduje się na tej samej ulicy, co przed
ponad rokiem, cień tamtej latarni zaczyna go coraz bardziej otaczać swoim
migotliwym światłem, tylko dawna znajoma spóźnia się na nieumówione spotkanie.
Cały latarniany pejzaż zaczyna zatapiać się w mlecznej powłoce mroku, cisza
jest ostatnim akordem, jaki pamięta.
Lekarze pomału opuszczają salę, tylko monitor uparcie rejestruje
kolejne minuty trwania, przekraczając próg nocy.       
 
 
 
 






Report this item

 


Terms of use | Privacy policy

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1