24 stycznia 2026
Gdzieś, poza
Gdzie oni są? Otóż pełno ich jest, całe zatrzęsienie w gwiazdotwórczej otchłani.
Gdzie są?
Wszędzie.
Wnikają w sny. W marzenia. W tęsknoty.
Rozsadzają sobą
rozpędzone strumienie czasu.
Zaciskam
powieki –
widzę ich.
Otwieram – widzę.
Czuję ich obecność poprzez mury zimne i ciężkie. Przez stare cegły...
Wtedy, podczas misterium
w pulsującej ekstazie
drgających świec, dostępuję obecności...
Przez te ściany zimne. Poprzez popękane tynki, mury tajemne….
Widzę ich. Czuję. Wtedy, kiedy deszcz. Letni deszcz majowy.
Wtedy, kiedy szarość
pochmurnego dnia sączy się przez szczeliny zaciągniętych storami okien...
Wtedy, kiedy…
Kiedy to
było?
Pamiętasz?
Dlaczego milczysz? Spójrz, jakoś tak mi tutaj samemu…
Ale… Deszcz stuka w okna. W blaszane parapety.
Bulgocze
w rynnach…
Czy to miał być wiersz? Nie sądzę.
Więc, co? Co to miało być? Nie wiem. Nie mam pojęcia.
Może ty wiesz?
Wiesz?
Powiedz coś.
Cokolwiek.
Powiedz, pomimo milczenia i szumu.
Pomimo
ciszy
samotności.
I pomimo milczącej ekstazy smutku tak wielkiej, że aż otępiającej.
Zniewalającej wszelkie poruszenie jak w chorobie Parkinsona.
No i popatrz, miał być wiersz
a wyszło jak zwykle nie wiadomo, co.
Ciii… Stukania w przedpokoju zwiastują czyjeś przybycie.
Czy to ty, ojcze? Przyszedłeś po coś? Zapomniałeś czegoś?
Ojciec przychodzi na ogół we śnie. I tak jakoś majaczy niczym fatamorgana.
Lecz tym razem to nie on…
Wiesz, kiedy zaciskam mocno szczypiące powieki dużo światła nas wówczas dzieli.
Nawarstwia się wtedy twoja nieobecności,
potęguje się i lśni.
Jak ten blask na skraju. W widnokresie zalęgły.
W słońcu kładącym się do snu.
Tu i tam. Tu i ówdzie.
Wszędzie. Po wielokroć…
No i popatrz.
Ach, stałaś się znowu kamieniem.
Nieczułą cząstką wygaszoną w sobie.
Jestem
tutaj.
Jestem. A ty?
Mech porósł płaszczyzny kamienia. Zielone ściany. Mechate. Miękkie i wilgotne…
Za dużo tu nieścisłości. Kiedy staję obok domu umarłych dawno temu dziadków,
słyszę jak rozmawiają ze sobą, w środku.
Rozmawiają i śmieją się. Padają przytłumione słowa gości.
Wszystkich tych, których już nie ma. Nie wchodzę do środka, do tego wnętrza przeszłości.
Dawno minionej strugi. Ale nie. To dzieje się na nowo. Oni są tutaj. Oni są. Czuję ich obecność,
Patrząc w dal.
W ten skraj
zielonej łąki. Podmokłej.
Tej łąki zwieńczonej strumieniem perlistym i lśniącym…
A więc
tam..
Tam daleko…
Spójrz. Spójrz tak, jak mogłabyś spojrzeć,
będąc razem ze mną
w tej oazie nieskończoności…
Spójrz!
Horyzont ugina się od szaro-słonecznej,
od tej melancholijnej kwintesencji zmierzchu w liliowych powabach i lśnieniach.
Od tego czegoś, co umyka wyobraźni a co istnieje wiecznie. Na zawsze…
Wtedy, kiedy patrzy się
poprzez płot
z rozrosłego znienacka gladoilusa...
Stoję na zewnątrz małego parterowego domu i nasłuchuje rezonującej bieli ścian. Tej bieli oddychającej. Werandy.
Okien uchylonych. Sieni… Nasłuchuję głosów. Śmiechów i szeptów.
Wszystkich tych dawno minionych emocji.
Nieaktualnych już, choć wciąż istotnych z punktu widzenia wieczności. A więc słyszę
te zapamiętane z dzieciństwa, z młodości... Głosy dziadków, których ciała rozsypały się już dawno
w pył.
… a więc te głosy,
te szepty
dawno umarłych już gości…
… umarłych, zmarłych, skamieniałych…
Wracam do początku…
Czuję każdą barwę dźwięku. Każde wibrato… Wyczuwam wszystko jak pies,
któremu podkłada się pod nos przedmioty powszechnego użytku.
A więc czuję ich.
I wiem, że są.
Rozmawiają ze sobą. O sobie.
I o sprawach wszechrzeczy.
O tych wszystkich kwestiach…
Kto tu jest?
Dziadek
wyszedł
na chwilę…
Nie. Nikt nie wyszedł.
Oni są wiecznie
wewnątrz czegoś,
co jest nieograniczone i niepojęte…
Oni są
wewnątrz...
Nie widzę ich, ale słyszę…
Wprawdzie słyszę jakoś tak, jak się słyszy przytłumione dźwięk zza ściany.
Jakoś tak…Słysze ich, jakby świętowali. Bo świętują.
Tam wciąż komuś winszują
i składają życzenia.
Śpiewają cicho harmonicznymi głosami pieśni.
Imieniny.
Urodziny…
Jedno
i drugie.
Wiecznie…
Pobrzękują sztućcami, filiżankami, talerzykami...
Tymczasem na zewnątrz trwa przytłumiony blask wiecznego zmierzchu.
Pachnący maciejkami zmierzch, któregoś czerwcowego zmiłowania, którejś wczesnej jesieni…
Spójrz, tak moglibyśmy się kochać.
Tak miłować, splatając dłonie… Tak moglibyśmy… Lecz…
Wiesz? To nie ten wszechświat. I czas.
To nie ta otchłań gorejącego bytu.
Tutaj wszystko jest już minione. Niespełnione. I tęskne.
Tutaj wszystko jest przytłumione w kolejnych fazach okrutnego mijania.
Tutaj wszystko jest świeże. I więdnące. I uschnięte zarazem. Tutaj wszystko jest…
Wiesz, za dużo tego wszystkiego. Za dużo tej przeszłości.
Tych rozsypanych resztek dawnego życia.
Jest. To znowu tak jakby nigdy niczego nie było…
A nawet, jeśli jest, to jakieś takie minione. Nieaktualne. Jakieś takie post… Dużo tu tego. Dużo.
I jakoś tak strasznie mało…
Pamiętasz? Wtedy, kiedy ktoś chciał ci coś powdowieć?
Lecz nie zdążył.
… więc nasłuchujesz echa…
I jesteś coraz dalej od polan. Od tej woni igliwia.
Oddalając się, oddychasz płytko
przegrodzona kratą gęstego powietrza...
I jesteś ogłuszona ciszą, która zwiesza się gałęziami do samej ziemi
płaczącej wierzby.
… co przegląda się nad wodą, nad wartkim strumieniem hałasującym perlistym milczeniem …
(Włodzimierz Zastawniak, 2026-01-24)
***
https://www.youtube.com/watch?v=_pgNmIbhV0w
Poezja
Proza
Fotografia
Grafika
Wideo wiersz
Pocztówka
Dziennik
Książki
Handmade