Proza

Florian Konrad


dodane wcześniej pozostała proza dodane później

26 stycznia 2018

Ze szklanej

,,(...) cieniami domów rozciągnięty na srebrnego i czarnego człowieka (...)"
Henryka Wanda Łazowertówna ,,Sen"
 
 Cześć. Widzicie mnie? No oczywiście, że z tej odległości nie sposób dostrzec czegokolwiek. Powyłaziliście za margines i jeszcze się dziwicie - skąd to gada. Że głos słychać, a osoby nie widać. 
Bliżej. Nachylcie się. Dobra, trzeba wziąć okulary. A i bez lupy chyba się nie obejdzie. 
Już? Okej, zatem - jeszcze raz - cześć. Dzień dobry - jeśli ktoś woli tak oficjalnie. Uszanowanie, niech będzie pochwalony. 
Jestem mieszkańcem tej kulki. Nie mam pojęcia, od jak dawna; nie istnieje dla mnie początek, ani koniec. Wszystkiego, wszechrzeczy, ogromna gumka myszka ściera wspomnienia i przyszłość. Istnieję, jak kwiatek, kamyczek, mrówka. Albo jak zarzygany pijus - do wyboru. 
Księżycowa noc, spacer w srebrnym blasku, albo obornik. Sacrum, lub profanum. Nóż o dwóch ostrzach - do krojenia chleba i przecinania więzów. 
Tak naprawdę pamięć jest nieistotna, tylko pompatyczni głupcy wyolbrzymiają na różnego rodzaju akademiach i defiladach pojęcie pamięci. Albo producenci albumów, ramek na zdjęcia i aparatów fotograficznych.
Choć wiecie, kiedyś byłem ciekaw, skąd się tu wziąłem, snułem domysły. Rozważania egzystencjalne trzynastolatka, śmiechu warte. 
Babcia, która jakimś cudem jeszcze żyła, choć miała ponad trzysta lat (posądziłem ją nawet o współautorstwo Księgi Rodzaju) mówiła, że kiedyś byłem tak duży jak Chłopiec. Miałem dwie ręce, rodziców, też tak dużych (trudno uwierzyć patrząc teraz na mnie, co nie? sam też w to wątpię) i imię kończące się na N, D, albo Ł. Była stara, więc nie pamiętała dobrze, podawała różne wersje, zależnie od nastroju. Albo kompletnie mieszało jej się w głowie. 
Raz nazywała mnie Florian, Konrad, to znowu Rafał. 
podejrzewam, że wszystkie trzy były wymyślone, tak naprawdę od zawsze wołano mnie tym dźwiękiem, zbitką nieartykułowanych sylab, popiskiwań zmieszanych z growlem. 
Ghianziugh - to moje imię, ksywa, pseudonim artystyczny. Przedstawiłem się - a was jak nazywają?
Napiszcie personalia na cienkim jak włos skrawku bibuły, po czym wciśnijcie tu - patrzcie - taka dziurka w kuli. Dzięki niej mogę oddychać. Jeść ani pić nie potrzebuję, co więcej - wręcz razi mnie, napawa obrzydzeniem widok Chłopca siorbiącego z michy jakieś kluchy, żującego batony, cukierki, czy inne buły. Albo jak pije, napełnia wnętrze płynem, jakby nie dość miał swoich, ustrojowych. 
I papierosy, inhalowanie się gryzącym dymem. Szisza, elektroniczne szlugi, dzięki którym aktywujesz aplikację ,,rak płuc". Durni ci ludzie, jak kamasze Szwejka.
No wiem, wiem - dla nich to konieczność. Nawet zwierzęta i rośliny jedzą. 
Gdy Chłopiec miał kanarka i chomika - karmił je jakimś suchym paskudztwem. Mi wystarczy cień, chłódek. Nazwałem to ,,mięsosynteza" - wytwarzam energię sam z siebie, o ile słońce nie razi mnie, nie daj Boże, nie opala.
Nie jestem perpetuum mobile, gdyż czuję się śmiertelny, mam świadomość, że kiedyś, gdy Chłopiec będzie już duży, dojrzały, być może nawet stary - zgasnę, wyczerpią się paliwa w mym ciałku i zaniknę. I nie pomoże chłodzenie, nawet umieszczenie mnie w zamrażalniku. Nie zmartwychwstanę, choćby mnie polewano ciekłym azotem, czy co tam wymyślono najzimniejszego. 
Chłód podsyca mój lodowy ogień, ale przyjdzie dzień, gdy ciepło zwycięży, weźmie nade mną górę. 
Nie martwmy się o tak odległą przyszłość. Może uda się nie dożyć śmierci, wessę się do środka, połknę język, potem krtań, tchawice, pozostałe narządy - i zmienię się w maleńką kulkę, twardą jak granit. Monolitek mikroskopijnych rozmiarów, o wadze biliona ton. 
Tak bym nawet wolał - śmierć poprzez samostrawienie. Narcystyczne, orgiastyczne stanie się kamyczkiem (prawie rymuję - zauważyliście?).
Albo wpełznę w szybkę, czy też ścianki kuli. Tak po prostu - wniknę na śmierć, rozpuszczę, zjednoczę się ze szkłem. 
Trybik, ziarenko, kleks, refleks - czymkolwiek będę - nie dbam o to. Oby tylko nie urosnąć. I by Chłopiec znów nie próbował mnie wypuścić. Nienawidzę tego! Pokój jest przecież większy niż Wszechświat. Mam galopującą agorafobię, ludziofobię, lęk przestrzeni i nic tego nie zmieni (znowu!).
Jestem klaustrolubym fanem ciasnoty, pomieszczeń mniejszych, niż sławetny dom Kereta, niż pudełko zapałek. 
I istnieć też lubię. Oby nie niepokojony. Patrzeć na wszystko z perspektywy przeźroczystej, stojącej na półce ,,kawalerki", jednoosobowego pałacu / mauzoleum.
Nie każcie mi wychodzić. Gdzie, po co, za jakie grzechy? Doskonale sprawdzam się jako porcelanowe żyjątko, nie mam nawet palców, głowy, w zasadzie składam się wyłącznie z patrzenia. Nie oczu, nie żadnego narządu wzroku, ale z czynności - obserwowania. 
To jest moim przeznaczeniem - statyczność i bierność, zgrywanie rzeźby, maskotki, albo wazonika.
No dobra, w tajemnicy powiem - lubię też, jak Chłopiec głaszcze powietrze nade mną. Nie to, co jest mym, pożal się, Boże ciałeczkiem, ale przestrzeń powyżej łepka. Żeby nie wchodził w interakcje, nie sadzał mnie na dłoni i nie obnosił po bezkresnych przestrzeniach pokoju. Wystarczy, wręcz wolę - tylko tyle. 
Czy mam sny? Nie rozumiem pytania. Takie majaki, gdy jest się wyłączonym? 
A, to Chłopiec wie lepiej, jego spytajcie. nigdy nie przeżyłem koszmaru nieświadomości. Czasami mam coś na kształt wizji. Pojawia się znikąd, być może tworzy się jako efekt uboczny wpatrywania się w monitor. Nie znoszę, jak Chłopiec gra w te całe strzelanki, chodzi, steruje niewidzialnymi postaciami, zabija inne, równie fikcyjne. To takie odmóżdżające!
Pewnie stąd bierze się flashback, migawka, przebłysk, w którym widzę swój koniec. Dość brutalny: Chłopiec staje się okrutnikiem i mordercą, podchodzi do regału i bez słowa wyjaśnienia zrzuca kulę. Ostatnim obrazem, jaki widzę, są podeszwy. Rozdeptuje mnie jak robaka, obiema nogami. Zostaję rozsmarowany po podłodze. Straszne, prawda?
Mam nadzieję, przeczucie graniczące z pewnością, że nigdy do tego nie dojdzie. 
Nieuzasadniona, bezrozumna agresja, w imię czego - chęci wyładowania złości, frustracji? To nie w stylu Chłopca. Choć, z tego, co obserwuję, charakter mu się zmienia. Niekoniecznie na lepsze. 
Pewnego razu, chyba z nudów, zaczął taczać kulkę po półce, potem po parapecie. A następnie podrzucił parę razy. Nie wysoko, bał się chyba, że rozbije się, uderzywszy niechcący w sufit. I gdzie bym się podział, gdyby stłukł mi lokum? Sprawił mi wtedy niezłą kręciołę, czarci młyn, karuzelę, sokowirówkę. 
Myślałem, że się przekręcę. Obraz mi się pokroił na drobne kawalątka, jak w maszynce do mięsa. Przemielił. Dwa następne dni miałem przed Okiem kalejdoskop, niezliczone pryzmaty. 
A ja lubię czysty obraz. Krystalicznej jakości, przejrzystości. niczym woda źródlana. Równie zimny. Nie, zdecydowanie bardziej! Obraz niczym mineralka z arktycznego lodowca, zmrożona przed naszą erą. Woda pita przez mówiące dinozaury, zabutelkowana przez Erazma z Efezu, woda z beczki, w której Diogenes kisił ogórki. 
I niech to się nigdy nie zmienia. Żadnych pasków, pisków, szumów, zakłóceń odbioru! Chcę spędzić resztę czasu, jaki mi jest dany, na gapieniu się. Nie śmiejąc się nawet poruszyć. Obraz ma buzować za szkłem, albo i nie, może nie dziać się kompletnie nic. Będę, wiecznie przytomny i trzeźwy, patrzeć choćby i na ślepą ścianę. Nie jest ważny temat, liczy się sam fakt istnienia obrazu przede mną. I że go odbieram. Bóg, a nie mam wątpliwości, że ukochał mnie ponad miarę, stworzył najdoskonalszego widza, króla gapiów. 
Wiem, że wymaga od swego dziecka tylko jednego - mam nie przestawać patrzeć. Jeśli nawet babcia mówiła prawdę i miałem kiedyś inne życie, kształt, osobowość, uczyłem się w tej, czy innej szkole - to teraz bez znaczenia, jestem - choć się nie ruszam - nie tyle bibelotem, szmacianą lalą w szklanej bańce, co maszyną do patrzenia. Moim jedynym zadaniem jest obserwować. Jakaż piękna bezcelowość, tępa idea! 
Dobry stwórca nie mógł mnie uczynić lepszym! Bezwartościowe omiatanie wzrokiem pokoju Chłopca, filtrowanie obrazu, przepuszczanie go przez nieforemne ciałko i równie galaretowaty umysł! Sztuka dla sztuki!
Co robicie? Idziecie już? Wiem, macie dosyć, ogarnęła was tak zwana nuda, dziwne i kompletnie obce mi uczucie znużenia, gdy patrzycie na coś zbyt długo. 
Dla was świat musi być sztormem, huraganem na śmietnisku. Ubóstwiacie wręcz, gdy ogromny wicher porywa cały majdan, podrzuca do góry, po czym rozsiewa w równie przypadkowych miejscach, dowolnej konfiguracji. Tym dla was jest życie - pogonią za bajzlem, maratonem w niekończącej się rupieciarni. 
Monotonia jawi się wam nie jako coś przyjemnego, stabilizacja, bezpieczeństwo, lecz wywołuje mdłości. 
Wsiadajcie więc na pstrokate rumaczyska, do stukołowych wartburgów, by pędzić przed siebie, na oślep, w nieznane. 
Podróżujecie, część z was nie może bez tego wytrzymać. Gna was głupia gorączka: byle dalej, zwiedzać sąsiednie wysypiska, poznawać równie umorusanych kloszardów. Utrata mobilności, złamanie kręgosłupa, bądź amputacja nóg to dla was, ślepych biegaczy, prawdziwy dramat. Grzęźniecie w tym cwale, nie widząc, że wasze oczy zmętniały. Pędzicie tak szybko, że nie podobna dostrzec detali, pochylić się nad drugim miastem, państwem, choćby przeczytać tablicę z nazwą miejscowości. 
Ludzie - rakiety wystrzeleni przez cyrkowca z armaty. Patrzeć tylko, jak przywalicie zaraz w oko Księżycowi. I zgaśnie. Potem - Słońce. 
Boicie się obłożnych chorób i śmierci. Bo to oznacza leżenie, wycofanie się z gonitwy. Przegrywacie walkowerem najlepsze miejsce w kolorowej przechowalni rzeczy znalezionych, magazynie niepotrzebnych wartości. 
By zagłuszyć sumienia paru waszych piosenkarzy nagrało rzewne utwory o tym, by się zatrzymać, choć na chwilę, zwolnić trochę. Ukuto nawet termin ,,wyścig szczurów". 
Pic na wodę by rozgrzeszyć się z podróży na gapę donikąd. To  dziecinne tłumaczenia dorastającego budrysa, który spowiada się mamie, dlaczego włamał się do mieszkania sąsiadów i ukradł pełne wiadro śmieci. 
Jedyny sposób na wyjście z labiryntu - to zatrzymać się i myśleć, że on nie istnieje. Wlepić gały w ścianę, dosadnie mówiąc - i tyle. 
Czy śmierć głodowa, niechybna w takim wypadku, nie byłaby lepsza, bardziej racjonalna od ciągłej pogoni za niczym, podczas której żre się myszy, szczury, jakieś ochłapy - i bezustannie jest się ciut, ciut, wręcz o krok od upragnionej nagrody?
Waszym przekleństwem są ruchy tektoniczne wewnątrz ciał, bicie serca, puls, zderzające się kostne płyty, myśli zachodzące jedna na drugą, zupełnie bez powodu, marzenia o dupie Maryni. Czy nie ma sposobu, by przerwać ten obłędny, chocholi taniec, harówę na kolejnego szczura w sosie własnym (jedynie 32,89 dinarów za kilogram, bierzcie, póki są!).
Ależ istnieje taka metoda - samokriostaza! Stańcie się tak mali i zmiennokształtni jak ja. Wiem, że potraficie, to nic trudnego. 
Potem spójrzcie w okno. I niech każdy z was zastygnie w bezruchu. 
Nie ważcie się reagować na krzyki, płacz waszych bliskich. Popadnijcie w całkowitą katatonię!
Ambulansik zabiera was do wariatkowa, albo od razu na cmentarz. I po kłopocie. A inni niech się zabijają w walce o mysz w galarecie. Was to nie będzie dotyczyć. Osiągniecie najwyższy spokój, nirwanę, dotrzecie do tao.
To jak - zgadzacie się?






Zgłoś nadużycie

 


Regulamin | Polityka prywatności

Copyright © 2010 truml.com, korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu.


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. zarejestruj się

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1