Proza

Florian Konrad


dodane wcześniej pozostała proza dodane później

6 marca 2017

Weltwkurw cz.II.

Podciągam długą, połataną spódnicę. Nogi nieznajomej są szarawobure. 
Ileś ty ich nie myła? 
Upośledzony chłopiec zanosi się śmiechem 
-Hyyyhyyyy- chichocze.
-Krasawiczka maja- cedzę przez zaciśnięte zęby. Ściągam coś, co w dalekiej przeszłości było majtkami.
Czarne wrze. Bezimienna nie dość, że nie rzuciła się z pazurami, to jeszcze uśmiecha się szelmowsko. Dotykam jej palcami. Krzaki, zarośla. Kładę się na niej i już wiem- też ma w sobie kolor. Siwy dym fajerek, szarość gleby, jej znoszonych ubrań. I jeszcze coś, może to zabawne, ale... gorący kasztan oprawiony w żelazne ramki. Sam się zdziwiłem, ale czuję, widzę to gdy przymykam oczy. Jest tam głęboko, pół metra od krawędzi wydrapane żyletką lub brzytwą. Chyba jej nie bolało, była znieczulona zsiadłym mlekiem i sokiem z marchwi. Co to może oznaczać? Brązowa kula słońca w zamknięciu, kamienna planeta na uwięzi? Życie w piekle z katem domowym? To zbyt oczywiste. Zatapiam się głębiej, poszukuję nowych znaczeń, bardziej ponurych odmian. Podbijam całe cywilizacje, przemierzam morza szarości. Na pajęczynowych wyspach mali ludzie nie mogą skończyć strzelistych wież, katedr pod wezwaniem kompletnie nikogo. Królowie zamiast koron noszą słomiane kapelusze, palą marihuanę. Wszędzie panuje analfabetyzm, za umiejętność czytania i pisania grożą galery. Nigdzie nie goszczę dłużej niż kilka dni. Odpowiedź nie została ukryta w zmieniających się w proszek piramidach, niegdyś ściekających krwią, nie zaszyfrowano jej w gardłach skrzydłach i dziobach pradawnych bóstw. Zabieram ze sobą tę zagadkę, zaszywam w skrytce lewej komory serca.  
Jesteś pierwsza z rodu, moja nieznajoma kochanko, którą rozgryzę. Szukam od pokoleń, przez trwający najwyżej kilka chwil stosunek byłem w każdej bezimiennej wieśniaczce. Większość była twoimi matkami i siostrami, jakkolwiek to rozumieć. Przysięgam- znajdę. 
Chyba jesteś orgazmoodporna, twój Józiek, czy Manio wybił ci z głowy takie fanaberie. Dosłownie ,,wybił"- tłukł tak długo, aż zobojętniałaś na wszystko, zmysły zaszły ci błoną. Widzisz mnie bielmem, patrzysz przez okopcona firankę. Jaki jestem? Szorstki i pełen soli, cierpki, czy pełen mydlin? Skup się, powiedz- z jakich przypraw jest mój szkielet? 
-Co znowu?- pytam zaskoczony. Kobieta wygina się w pałąk, zaczyna jęczeć. W końcu przeraźliwie wrzeszczy. Odskakuję i podciągam spodnie. Atak epilepsji? Nie, chyba dostała spóźnionego orgazmu. Wygląda, jakby wlazły w nią wszystkie znane demony, zaznawała rozkoszy, która przez lata posuchy kumulowała się gdzieś w potylicy. Teraz wytrysnął gejzer przyjemności, niedomyta kobieta zostaje wręcz rozszarpana. Wyłazi z niej szary pył, wysypuje się beżowo-grafitowy proszek.      
Bełkocze coś nieskładnie, język wygląda mi na bułgarski, ale się nie znam. Chyba wzywa świętych pańskich. Zbliża się miarowe pierdzenie traktora. Nie wiem, czy mąż- rogacz zauważył, co robiłem z jego ślubną. Nie goni mnie z łomem, więc chyba nie. Jest w miarę ciemno, więc wybryk ma szansę ujść mi płazem. Wymykam się chyłkiem, z włosów ścieram ślinę. Mały gnojek cały czas pluł na mnie. Śmiał się i strzykał śliną. Czy miało to głębszy sens? Trudno doszukiwać się motywów postępowania półidioty, pewnie uznał to za dobrą zabawę, plucie na pana, co tak śmiesznie kołysze się z mamusią..
Ostatnio stałem się niepokojąco podejrzliwy. We wszystkim szukam trzeciego, siódmego dna. Ile szuflad muszę otworzyć by znaleźć tę z zielonym, gorącym kasztan? Żadnej, już wiem, że pod łupinką jest zwykł...
-...synu!- krzyczy kobiecina. Krasnolicy mężulek zapamiętale okłada ją po twarzy. Wzbijają się kłęby szarego talku. Przez moment chcę podbiec i ją obronić, ale jakoś zaplątuję się w mgłę. Nie moja sprawa. Niech idzie na policję, jak taka poszkodowana.
Ziewam. Próbowałem się przeżegnać. Tak sobie, z głupia frant. A być może wysyłam sygnał, mały obłoczek dymu. Niech znajdzie się jakiś szeregowy podanioł, nawet kompletna ciura niebieska, która zstąpi z wyżyn i obije pysk bydlakowi. 
Ja nie mam czasu. Księżyc mi zgaszą, jak się nie pospieszę.
 
III.
Dniestrzańska. Było tu malownicze podwórko. Kamieniczki mniej pokancerowane przez czas i ostatnie wojny, ładny mural na ślepej ścianie: dziecko trzymające zardzewiały hełm. 
Drzewo wyrastało z nieużywanej od niepamiętnych czasów studni. Czerwona brzoza w betonowej klatce. Korzenie piły dawno wyschniętą wodę, sięgały do podziemnych źródeł korozji. Pod miastem gniły zakopane arsenały, szable z wygrawerowanymi dewizami o Bogu, honorze i ojczyźnie, moździerze, całe czołgi. Broń porzucona przez duchy, zapomniana przez małych budowniczych Wieży Babel. Przestali walczyć ze sobą, zapanował wieczysty rozejm. Podzielili się na narody, plemiona, pewnego zimowego wieczoru rozeszli się po całym mieście. Odtąd życie każdego z nich mija na codziennej harówce. Nie wiedzą głupcy, że w ten sposób nie zbudują jej nigdy. Porozrzucane schody, fragmenty szyb,fundamentów i dachówek- z tego nie ma prawa wyjść całość, nie uda się połączyć do kupy rozproszonych elementów. Za wiele jest różnic, jednostek miar, lokalnych gatunków i odcieni marmuru, zbyt słaba komunikacja między państewkami. Na próżno niewidzialni posłańcy kursują z rulonami planów, na darmo setki architektów psują wzrok kreśląc projekty. W każdym kraiku Wieża jest mrzonką innego kształtu. Być może gdyby poskładać wszystkie okazałoby się, że mityczny budynek byłby czymś w rodzaju drzewa o gałęziach korytarzy, ciemnych lochach przez które przepływałby słodkawy sok.
Czy jeśli- jakimś cudem- udałoby się ukończyć budowę- kamienny Yggdrasil oparłby się atakowi Zwierzęcia?
Wracałem wtedy ze sklepu, już była szarówka. Krzyk, łopot skrzydeł. Ciżba. Fala ludzi, niczym szum z zepsutej zupy, piana musującego wina. Głowy zderzają się w bramie, lecą podarte rękawy, przekleństwa. Każdy chce stać choćby nanometr bliżej od innych, cyknąć zdjęcie, albo nakręcić filmik telefonem. Patrol straży miejskiej podjechał i oceniwszy sytuację jako beznadziejną zrezygnował z prób przebicia żywego muru. Nie pomogłyby nawet środki przymusu bezpośredniego, bity pałkami i opsikiwany gazem lud ciągle tłoczyłby się, by zobaczyć dziwadło.   


Grzebanie po kieszeniach, przepychanki, w ruch idą smartfony i tablety, zwykłe i najtańsze komórki, wszystko czym można zrobić zdjęcie. Ludzie wchodzą sobie na plecy, depczą buty. Jakby kto upadł- zostałby stratowany. 
Jakie to było? Trudno powiedzieć, z tego co dojrzałem zza ramion i dyniowatego łba dryblasa w kapturze- bajkowe. Pod wspomnianą rudą brzozą siedział skrzydlaty kot. Nie bazyliszek, harpia, pegaz, czy inny stwór. Brązowawy, ciemnopodpalany kocur wielkości małego fiata.
Stojący najbliżej próbowali go wabić, jakiś chojrak odważył się skubnąć za karminowe piórko. Cudak gwałtownie odwrócił się i syknął pokazując kły.
,,Kici kici" mieszało się z krótkimi, natychmiast tłumionymi przez rodziców okrzykami dzieciaków. Nikt nie chciał rozdrażnić potworka. 
Kamerowano, błyskały flesze. Wreszcie wyrwał się jakiś nieokrzesaniec, chyba cieć, głośno powiedział, że co to za zgromadzenie, proszę się rozejść. Kocur patrzył płonącymi złotem ślepiami nieco z politowaniem. Oblizywał kaleką przednią łapę. Pierwsze popchnięcie zniósł, zawarczał groźnie. Przy drugim niemal rzucił się na faceta. Zdzielenia szczotką, czy łopatą po głowie już nie zniósł. Pozbawiony instynktu samozachowawczego mężczyzna momentalnie pożałował, że rozdrażnił kota. Minutę później słaniał się na nogach z rozprutym policzkiem. 
-Łhhoohhh!- wyrwało się z gardeł gapiów.
Babiny się żegnały, faceci klęli. Kto rozpętał piekło? Trudno dociec- zakapior w bluzie, czy ktoś zupełnie inny, całkowicie niewidoczny z mojej perspektywy. Żartowniś, pewnie kibol, rzucił w stronę Zwierzęcia zapalona racę. 
Ta trafiła kota w grzbiet i jakby przykleiła się ogniem do jego piór. Zwierzę zawyło próbując ją zrzucić. Tłum próbował się cofnąć, ale poszło szybko, w przeciągu chwili nastała hekatomba. Płomienie w ludzkiej ciżbie, ognisty ptak-nie ptak wlatujący w motłoch.  Benzynowe skrzydła jak pochodnie. Wybuchła panika. Wybuchły płomienie na włosach, kurtkach i swetrach gapiów. 
Ledwie udało mi się odskoczyć, gdy przecisnąwszy się przez wąskie gardło bramy morze spanikowanych osób wylało się na ulicę. Tarzali się, próbowali gasić czym popadnie. Paru chłopaków poleciało do pobliskiego spożywczaka i -nie płacąc- wybiegło z pięciolitrowymi butlami mineralki. Na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych. Trzynaście osób z oparzeniami trafiło do szpitali. Oficjalna wersja głosiła: wybuch butli gazowej w jednym z lokali. Kotopodobny dziwoląg odleciał w chmury. Stwór- jak tłumaczyli psychologowie- był zwidem, fatamorganą, zbiorową halucynacją wygenerowana przez tknięty paniką organizm.
Z czasem pamięć o nim zaczęła się zacierać, wręcz coś ją wymazywało. Chodziłem, rozpytywałem ocalałych (parę osób znam z widzenia). Brali mnie za wariata. 
-Kot? Jaki kot? Coś pan, z byka spadł? 
-Odwaliło ci, koleś?
Nikt nie zarejestrował niczego. Stopione karty pamięci, telefony rozbite w drobny mak. 
Stoję przy kikucie spalonej brzozy. Wzrok mi kiśnie w ciemnościach. Od zwęglonego mieszkania na parterze bije ponura aura.
Z lei wypalonych okien wieje czarne. Prostsze, bardziej zwyczajne niż moje.
Zastanawiam się nad znaczeniem otaczającej symboliki. Nie jestem na tyle krótkowzroczny by nie dostrzec, że wszystko dokądś zmierza, prowadzi mnie na niedostrzegalnym łańcuchu. Nad urwisko? Wprost pod koła przejeżdżającej ciężarówki? Czy może zbłądzę na nigdy nieuczęszczaną przeze mnie uliczkę, wrzodziejący zaułek jakich pełno w tym mieście i pod nogi wiatr wwieje mi kupon lotto- miliony zgubione przez roztargnionego pechowca? Czuję, że jestem bliski rozwiązania szarady. Nie mogę się wycofać wpół kroku! 
Jestem jak mnich, który zamieszkał w celi, w której przed rokiem powiesił się inny. Siedem dni, upalny lipiec. Zanim go znaleziono woń rozpadającego się ciała zdążyła na dobre weżreć się w mury. Nie pomaga palenie zapachowych świec, dziesiątek kadzidełek. Trzeba by skuć tynki, zerwać podłogi, wywabić go rozpuszczalnikiem i sokiem z marchwi. Modlę się, czytam natchnione księgi i śpię naprzeciw ściany, gdzie gniłeś. Choć nie poznaliśmy się nigdy, jesteś mi bliski. Pojmuję, że byłeś żołnierzem, walczyłeś w strasznej bitwie. Doznałeś takiej traumy, że zaszyłeś się w klasztorze na zboczu góry. Nie było ucieczki przed strachem, koszmarne obrazy powracały, co noc wyraźniejsze.
Zwykła, płytka śmierć wydała się jedynym rozwiązaniem.
 A może rozpierała cię chuć, żarła schizofrenia albo nieuleczalny rak?
Pękła łupina kasztana w metalowych ramkach. Gorzka powódź zalewa świat pajęczyn. Robotnicy toną nieukończywszy dzieła. Nieszczęśników, którzy schwycili się brzegu firanki, kwiatka, albo schowali pod fotelem rozdzierają błyszczące pazury mikroskopijnych, latających kotów. Każdy  stracił przednią łapę, ma lśniące krwią pióra. Bestyjki dokonują rzezi, niweczą plany o Wieży. W gruzy obraca się nigdy niepowstały budynek. Walą się stropy, pękają kryształowe trema. Krzyk rozbijany w szary proch. Tego nie było, resztka rozsądku podpowiada, że zmyślam by się czymś zająć, umysł podrzuca bajki, otula je obwolutą i nadaje numer ISBN. Staję się książką zgubioną przez wojaka- fantastę, jednocześnie notatnikiem. Czuję w ustach smak wlewającej się substancji. Żona traktorzysty zostawiła mi prezent- kilka kropli kleju, bym zabliźnił rysę.
Opieram się o okopcone drzewo, odchylam głowę. Działa!
Przez moment tańczę z byłymi dziewczynami. Wyciągam z pamięci, odnawiam ich obraz. Stają przede mną odmłodzone Agnieszka, Kasia, Ewelina.
-Łapiemy się za rączki...i do kółeczka, jak dzieci. Co się śmiejecie? Że zbzikowałem do reszty? Może.
Nie utrudniać: sta-ry-niedź-wiedź-moc-no....
 
IV.
Potańczyło mi się, rozgrzany i napędzany prądem gwiazd, tlącego się księżyca w świrowałem coś, odprawiałem szamańskie modły, śpiewałem wymyślone na poczekaniu psalmy, piosenki przedszkolaków, arie. To sprawka czarnego, znów było go zbyt dużo. Coś się z niego wytrąca. Nie ołów. Doświadczam wspomnień innych osób, jednego nabrzmiałego i ociekającego gęstym sosem wszechwydarzenia, którego daty nie sposób ustalić. Uderzam głową w tablice historyczne. Wzniecam powstania, rozbijam okrągłe stoły, podsłuchuję paktujących zdrajców. W podręcznikach ciągle jest napisane, że nie było wojny o którą mi chodzi. Ciągle szukam, sam już nie wiem czego. 
-Zieź ty się wybrał?- na Nowolipskiego zaczepia mnie Edyta. Wraca z Nekropsji. Ostatnio wszyscy tam chodzą, najmodniejsza mordownia w mieście. Według moich kryteriów to żaden ,,najt klab", ot- baro-speluna, jakich wiele.
-A, co ci będę... I tak nie uwierzysz.
-Co za zaduch przeklęty, nie? Jak tam, trzymasz się? W porządku?
-Taa...
Lewa tęczówka dziewczyny jest koloru fuksji. Prawa normalna, szarozielona. Ma tak od urodzenia, rzadkie zaburzenie, interesowały się nią różne sławy okulistyki, w dzieciństwie wystąpiła nawet w teleranku, gdzie recytowała wierszyk dumnie świecąc tym swoim różowiastym okiem. Wierszyk o oku, rzecz jasna.
Każdy, kto widzi ją pierwszy raz myśli, że to soczewka kontaktowa, a Edyta należy do subkultury electro-gothów, czy jak się tam ci przebierańcy wabią. Najczęściej nie wyprowadza z błędu, niech uważają co chcą. Za nazwanie ,,Pikni" obraża się strasznie, rzuca mięsem. Przyznaję, nieraz miałbym ochotę wyciągnąć z oczodołu  i possać tę jej landrynę, lub chociażby pocałować. 
Śmieszno- straszny fetysz.   






Zgłoś nadużycie

 


Regulamin | Polityka prywatności

Copyright © 2010 truml.com, korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu.


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. zarejestruj się

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1